Ach, szalona mieszanka na przedśniadanie!
Ciemna ciecierzyca (retrogradowana) zapieczona wczoraj z suszoną włoszczyzną i para-Brie, z dodatkiem sosu sojowego i resztek majonezu. Do połowy zjedzona wczoraj, dziś uzupełniona (także retrogradowanym i wczorajszym) brązowym ryżem duszonym ze słonecznikiem, także włoszczyzną, sosem sojowym, ale jeszcze z miesznką ziół zamiast soli i ostrej papryki.
Podgrzane w piekarniku na jednym półmisku side-by-slde, podane pod warstwą ostrej i słonej surówki (wczorajszej, a jakże) z pekińskiej kapusty, cebuli i czosnku, z resztką jogurtu i czarnym pieprzem.
Zależnie od kierunku, w jakim przesuwa się łyżka, nabiera się inna kombinacja smaków i tekstur.
Teraz, z bulgocącymi rozkosznie wnętrznościami, poczytam sobie o herbaciarni w Seattle, porowadzonej przez 270-letnią androidkę. A potem albo wstanę, albo będę odrabiał dzisiejszą bezsenność.
Trzymajcie się tam w tym kapitalizmie.