#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
W 1481 r. Katerina z Eschenau została poinformowana przez radę miasta Norymbergi, że z pocałowaniem w rękę otrzyma prawa miejskie i wiążące się z tym przywileje, jeśli tylko się przeprowadzi wraz z mężem do ich pięknego frankońskiego grodu. A skąd ta łaskawość władz miejskich? Bo pani Katerina była położną.
Tak, to jest wpis polityczny.
Spośród średniowiecznych niemieckich miast Norymberga stworzyła najlepiej zorganizowany system publicznej opieki medycznej nad położnicami i noworodkami. Stanowił on obiekt podziwu i zazdrości. Norymberskie położne były słynne i tak cenione, że ościenni władcy i inne miasta uprzejmie prosili magistrat o ich użyczenie na czas połogów ukochanych małżonek. W źródłach jako odrębna profesja położne pojawiają się w XIV w., a w 1417 r. są wymienione wśród innych grup zawodowych, zobowiązanych co roku składać przysięgę przed radą miejską.
Tłumacząc na nasze, stały się zawodem zaufania publicznego. Jak notariusze.
W 1522 r. władze Norymbergi wydały pierwsze zarządzenie regulujące całościowo pracę położnych. Zobowiązano je, by wszystkich, bogatych i biednych, traktowały tak samo. W szczególności zakazano im porzucania w trakcie porodu biednej kobiety, by asystować przy porodzie bogatszej, która więcej zapłaci. Nie mogły przyspieszać porodu. Jeśli trwał długo i położna się zmęczyła, zobowiązano ją do wezwania innej zaprzysiężonej położnej, nie zaś po prostu swojej uczennicy. Za porzucenie obywatelki miasta Norymbergi w potrzebie położne mogły być obciążone grzywną w wysokości 5 florenów i stracić prawo do wykonywania zawodu.
Poza tym w Norymberdze część z nich – nie wszystkie – zatrudniało miasto. Tłumacząc na nasze, pracowały w budżetówce.
Certyfikowane miejskie położne zarabiały znacznie mniej niż balwierze/chirurdzy, bo ich też miasto zatrudniało: one dostawały 2-8 guldenów rocznie, oni 10-25. Nie były zadowolone z pensji. Zwracały się do magistratu z prośbami o podwyżki i to niespecjalnie pokornie, twierdząc, że proszą o to „co im się należy.” Miasto podwyżek raczej nie dawało, za to oferowało im za darmo drewno, zboże czy ulgi podatkowe, zaznaczając przy tym, że czyni to nie z przymusu, tylko dobroci serca. Aha, bo i tak zaraz jakiś cwaniak zada to pytanie – zarabiały mniej więcej tyle, co czeladnik albo wyzwolony rzemieślnik, ale nie dostawały zakwaterowania i wyżywienia.
Tłumacząc na nasze, płace w sektorze publicznym już wówczas były nędzne.
Pomimo to władze starały się pozyskiwać fachowe służby medyczne i nakłaniały położne do osiedlenia się w Norymberdze, ofertując im – jak Katerinie z Eschenau – prawa miejskie bez związanych z tym opłat. Zachęcano je również do kształcenia kolejnych akuszerek, mogły więc liczyć na wysokie bonusy za wzięcie uczennic (w 1483 r. od 2 do 3 florenów, w 1484 r. – 5 florenów). Dostawały też dodatkowe wynagrodzenie od rodzin bogatych położnic. Na przykład w 1534 r. Sebastian Welser, bogaty sukiennik i członek rady miejskiej, zapłacił położnej 1,5 florena za poród żony i kolejnego florena za opiekę nad żoną podczas 3 miesięcy po porodzie. Ale władzom zależało, by miejskie położne nie faworyzowały patrycjatu, stąd tak surowe kary za porzucenie biednej położnicy.
By zapobiec nadużyciom i błędom w sztuce, Norymberga stworzyła cały system kształcenia i nadzorowania pracy położnych. Świecki, podczas gdy np. we Francji położne były pod nadzorem Kościoła.
Zarządzenia miejskie nakazywały, by położne były statecznie i uczyły się fachu u boku doświadczonej położnej aż przez 4 lata, podczas gdy w wielu miejscach był to tylko rok. Dopiero po roku asystowania uczennicom pozwalano odbierać porody i to wyłącznie proste, u wieloródek. Potem były egzaminowane przez lekarzy miejskich, uzyskiwały – lub nie – prawo do wykonywania zawodu.
Ponadto w 1463 r. rada miejska powołała instytucję Ehrbare Frauen, czyli patrycjuszek, które nadzorowały pracę położnych i raz do roku – po Wielkanocy – składały radzie miejskiej raport z ich pracy. W Norymberdze nie dostawały wynagrodzenia, choć w innych miastach to się zdarzało. Nie odbierały porodów – przynajmniej w teorii, bo położne skarżyły się magistratowi, że pokątnie to robią, więc powinny też zdawać egzamin – ale kontrolowały pracę miejskich położnych, wizytowały matki w połogu, wysłuchiwały skarg, służyły radą, wsparciem i pomocą.
Współpraca nie zawsze układała się najlepiej, skoro w 1549 r. położne zażądały od rady miejskiej wyznaczenia innych osób do nadzorowania ich pracy, ponieważ, jak twierdziły, damy z patrycjatu nie chciały zajmować się biednymi kobietami i ignorowały prośby położnych. Zażądały, by do nadzorowania wyznaczono zwyczajne żony i wdowy po rzemieślnikach. W ten sposób powołano instytucję Geschworene Weiber, w której zatrudniano – na drobną opłatą – żony i wdowy po rzemieślnikach i skromniejszych urzędnikach, które miały wspierać położne i pomagać przy najtrudniejszych porodach.
Tłumacząc na nasze, służby medyczne artykułowały swoje oczekiwania i władze starały się wypracować konsensus, który poprawi działanie systemu.
Liczba tych wszystkich kobiet w systemie opieki nad położnicami wahała się od 16 położnych do 65 w 1530 r. Potem ustabilizowała się na poziomie 40-50 kobiet, z czego położne stanowiły ok. 1/3. Oczywiście nie były to wszystkie niewiasty w municypalnych służbach medycznych. Wiele pracowało w szpitalach, także położne, które przyjmowały tam porody ubogich kobiet spoza miasta (nieposiadających obywatelstwa), w ramach zinstytucjonalizowanego miejskiego miłosierdzia. Inne w instytucjach charytatywnych, zwanych Seekhaus, opiekowały się zakaźnie chorymi i przygotowywały zmarłych do pochówku. Badacze szacują, że było ich w tym świeckim systemie municypalnej opieki medycznej więcej niż mężczyzn.
Oprócz odbierania porodów położne pełniły w Norymberdze – i innych średniowiecznych oraz wczesnonowożytnych miastach – jeszcze inne funkcje. Mogły samodzielnie podawać lekarstwa położnicom – te najprostsze, sporządzane przez aptekarzy bez zlecenia przez lekarza – przy czym jeśli położnica nie była w stanie zapłacić za medykamenty, rachunek u aptekarza pokrywano z kasy miejskiej. Zapewniały opiekę poporodową matce i dziecku, w razie potrzeby chrzciły, występowały w sądach jako ekspertki, informowały władze o przestępstwach związanych z seksualnością i naruszeniach obyczajności, instruowały szczęśliwych rodziców w sprawie praw przeciwko zbytkowi (czyli np. ile maksymalnie osób mogą zaprosić na chrzciny). Czasami ojcowie miasta mieli dość zabawne pomysły. Wprawdzie nie w Norymberdze, ale w Strasburgu w początkach XVII w. położnym nakazano, by – jeśli asystowały przy narodzinach dziecka nieślubnego – informowały władze, czyje imię wykrzykiwała w bólach rodząca, bo a nuż ujawniała w ten sposób niecnego tatusia-cudzołożnika.
To jest system południowoniemiecki i nie, nie odnotowano tam procesów położnych oskarżonych o czary, choć w innych regionach cesarstwa się trafiały. Ale tu rządzili kupcy. Rozumieli znaczenie słowa „inwestycja” i nie puszczali inwestycji z dymem ani nie pokrzykiwali: „Niech wyjeżdżają!”.
Wśród historyków toczy się zajadłą dyskusja na temat zmian, jakie na przełomie średniowiecza przyniosła profesjonalizacja medycyny i jak dalece wypchnęła kobiety z praktykowania medycyny. Otóż w południowoniemieckich miastach nie wypchnęła. Najwyraźniej system był tak skuteczny, że przetrwał szczęśliwie aż do XVIII w.
Wypracowano go na przełomie średniowiecza. Epoce, kiedy społeczeństwo było fundamentalnie zhierarchizowane, a pochodzenie przesądzało w ogromnym stopniu o dalszym losie człowieka. Właśnie wtedy miasta takie, jak Norymberga – ale też Ratyzbona, Monachium, Stuttgart czy Frankfurt – zorganizowały świecką, jednolitą i publiczną opiekę zdrowotną dla obywatelek w ciąży i małych obywateli, których kolejne pokolenia postanowiono jak najbezpieczniej sprowadzać na świat. Certyfikowały i zatrudniały położne, by służyły wszystkim obywatelom, bogatym i biednym. W tym samym podstawowym standardzie.
Za kasę z podatków.
I tak, wiem, że cesarskie miasto Norymberga należało do najbogatszych i – wraz z Kolonią i Augsburgiem – największych niemieckich miast. Ale te miasta, zarządzane przez zachłannych patrycjuszy, bogatych kupców, bankierów i wyspecjalizowanych, nowatorskich rzemieślników, miały silną tożsamość i municypalny etos, którego wyrazem były m.in. działające służby publiczne, podatki i prawa zapewniające żonie ubogiego łatacza trzewików tę samą podstawową opiekę zdrowotną, co żonie Sebastiana Welsera, który, bądźmy szczerzy, mógł sobie zapewnić tuzin położnych na miesiąc. Dlaczego tego nie robił? Bo ładując kasę – z podatków – w system publiczny, szlifując wykształcenie i kontrolę nad służbami medycznymi, doprowadzono do takiej ekscentrycznej sytuacji, że władcy – mogący sobie pozwolić na wszystko, co się da kupić za pieniądze – zabiegali o wypożyczenie miejskiej położonej. Publiczne było lepsze niż prywatne. Taki mały frankoński cud nad Pegnitz.
I racjonalna inwestycja w przyszłość miasta.
Mamy w rządzie historyków. Jest nim na przykład premier. Wprawdzie ze specjalizacją z legendy Piłsudskiego, czyli bajek z mchu i paproci, ale to i tak lepiej niż poprzednik, który też jest historykiem i bronił się jeszcze bardziej egzotycznie, z Solidarności Walczącej. Tak, wiem, historycy to plaga.
Może niech mu ktoś zalinkuje ten tekst i szepnie, jak ci straszliwi Niemcy to robili już w zacofanym średniowieczu?
Bo tak, to jest wpis polityczny.
Literatura:
Judith P. Aikin, Welfare of Pregnant and Birthing Women as Concern for Male and Female Rulers: A Case Study, - Sixteenth Century Journal, 35, 1 (2004): 9-41.
Green, Monica H. “Gendering the History of Women’s Healthcare.” Gender & History, 20, 3 (2008): 487–518.
Annemarie Kinzelbach, Women and Healthcare in Early Modern German Towns, - Renaissance Studies, 28, 4 (2014): 619-638.
Alison Rowlands, Monstrous Deception: Midwifery, Fraud and Gender in Early Modern Rothenburg ob. Der Tauber, [in:] Gender in Early Modern German History, ed. Ulinka Rublack, Cambridge: Cambridge Univ. Press, 2002, pp. 71-101.
Steven Ozment, When Fathers Ruled. Family Life in Reformation Europe, Cambridge&London: Harvard Univ. Press, 1983.
Tiffany D. Vann Sprecher, Ruth Mazo Karras, The Midwife and the Church: Eccsiastical Reglation of Midwives in Brie, 1499-1504, - Bulletin of the History of Medicine, 85, 2 (2011): 171-192.
Merry E. Wiesner, Early Modern Widwifery: A Case Study, Women and Work in Preindustrial Europe, ed. Barbara A. Hanawalt, Bloomington: Indiana Univ. Press, 1986, pp. 94-113.
Merry E. Wiesner, The Midwives of South Germany and the Public/Private Dichotomy [in:] The Art of Midwifery. Early Modern Midwives in Europe, ed. Hilary Marland, London&NY: Routledge, 2006, pp. 77-94.
Heide Wunder, He Is the Sun, She Is the Moon. Women in Early Modern Germany, Cambridge&London: Harvard Univ. Press, 1998.
Ilustracja: Albrecht Dürer, Narodziny Maryi, ok. 1500
Scena po napisach: W renesansowych polskich miastach również były certyfikowane położne, np. w Gdańsku składały taką przysięgę: Przysięgam, że będę odwiedzać potrzebujące mojej pomocy ciężarne, rodzące i położnice o każdej porze dnia i nocy, będę im służyła radą i pomocą niezależnie od ich stanu majątkowego, aby ocalić życie i zachować zdrowie matki i dziecka. Będę zwracać pilną uwagę na to, aby nie doszło do zamiany dziecka, nie dopuszczę do obumarcia i spędzenia płodu. W przypadkach ciężkich i w niebezpieczeństwie życia będę dokładnie wypełniać zalecenie duchownych, lekarzy i chirurgów i nie zapomnę dokonać chrztu dziecka. W razie wezwania mnie przez władze do więzienia będę spełniała swe obowiązki bezpłatnie. Będę zgłaszała władzom wszystkie porody przedwczesne i odbywające się w podejrzanych okolicznościach, do których będę wezwana. (Za: Bożena Zaborowska, Pomoc przy porodach w Rzeczypospolitej w epoce nowożytnej w świetle zielników i poradników medycznych [w:] Wśród córek Eskulapa. Szkice z dziejów medycyny i higieny w Rzeczypospolitej XVI-XVIII wieku, red. Andrzej Karpiński, Warszawa: Instytut Historyczny UW, wydawnictwo DiG, 2009, ss. 279-312.).
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
W 1548 r., gdy na sejmie piotrkowskim debatowano nad skandalicznym małżeństwem króla Zygmunta Augusta z, jak to szlachta elegancko ujmowała, z litewską ladacznicą, w domu Weinsberga, kolońskiego kupca winnego, również debatowano nad ożenkiem. Rodzice chcieli wreszcie wyswatać swego pierworodnego syna Hermanna. Choć trzeba zaznaczyć, że w przeciwieństwie do Radziwiłłówny Hermann był dobrą partią.Dzisiaj opowiem Wam o kimś, kogo najtrudniej w źródłach zobaczyć. O zwyczajnym człowieku wiodącym zwyczajne życie.
Hermann liczył lat 30, pochodził z zacnej kupieckiej rodziny, był absolwentem miejscowego uniwersytetu i prawnikiem robiącym karierę w radzie miejskiej. Rodzice raili mu sąsiadkę, wdowę Weisgin Rigpin, właścicielkę sklepu sukiennego. Weisgin, jak Barbara, też miała pewien feler. Była mianowicie o 16 lat starsza od Hermanna.
Ale – i tu pierwsza niespodzianka – Hermannowi to nie przeszkadzało. W dobrym małżeństwie nie chodziło wówczas o jędrną, pozbawioną zmarszczek skórę. Kiedy Zygmunt August samowolnie, bez wiedzy i zgody ojca, poślubił litewską ślicznotkę, która w posagu wniosła mu głównie własną urodę, współcześni byli tak zszokowani, że podejrzewali czary.Na szczęście Hermann był utoczony z zupełnie innej gliny niż Zygmunt August.
Ponieważ wy, ojcze, i matka, tak mi radzicie, oznajmił, i ponieważ dobrze znam Weisgin oraz ufam Bogu, będę szczęśliwym człowiekiem, jeśli ta kobieta także mnie zapragnie. Myślałem, zwierzył się później, że małżeństwo będzie lepsze, jeśli maż będzie młodszy od żony, do którego to wniosku doszedłem na podstawie mojej własnej sytuacji oraz przysłowia, by żenić się z osobą doświadczoną z sąsiedztwa. Hermann w młodości cierpiał bowiem na przepuklinę, przez co nieco obawiał się kobiet, zwłaszcza młodszych.
Następnego dnia ojciec Hermanna zagadnął więc Weisgin pod kościołem, ta zaś oznajmiła, że słyszała plotki i spodziewała się tej propozycji, a jeśli stoi za nią wola Boża i jeśli jej rodzina ją zaaprobuje, ona także nie będzie się sprzeciwiać. W rzeczywistości nad związkiem naradzały się nawet trzy rodziny: w negocjacjach brali udział krewni jej zmarłego męża. Spisano kontrakt małżeński, uwzględniający prawa do spadku zarówno dwóch synów Weisgin z pierwszego małżeństwa, jak i dzieci, które mogła urodzić Hermannowi.Zwróćcie uwagę, że małżeństwo Hermanna było sprawą rodzinną, związkiem społeczno-gospodarczym dwóch rodzin, nie zwieńczeniem namiętności mężczyzny i kobiety. Weisgin, stateczna wdowa, nie strzelała oczami i nie spotykała się pokątnie z narzeczonym. Wszystko działo się statecznie, na oczach wszystkich. Bez pokątnych spotkań w litewskich zameczkach ani sekretnego ożenku w środku nocy.
A potem nieoczekiwanie wyszło na jaw – bo nawet zupełnie zwykli ludzie miewają swoją przeszłość – że w 1546 r. Greitkin Olup, służąca państwa Weinsbergów, urodziła Hermannowi córkę, którą ten uznał i utrzymywał. Ojciec Greitkin przydreptał do księdza i oznajmił, że Hermann nie może poślubić Weisgin, ponieważ wcześniej obiecał małżeństwo jego córce. Przeszkoda zatem jest do tego nowego małżeństwa, ot co. Ale Greitkin nie potwierdziła pod przysięgą, że wymieniła z Hermannem małżeńską obietnicę. Potem zaś do jej ojca wybrał się patriarcha rodu Weinsbergów z gromadą krewnych. I przeszkoda gwałtownie ustała.
Ale w niedzielę, kiedy Hermann i Weisgin składali w kościele przysięgę małżeńską, Weinsberg senior pilnował drzwi. Tak na wszelki wypadek.I wiecie co? To było udane małżeństwo. Weisgin, twierdził Hermann, miała piękną twarz, była raczej wysoka, tęga, cnotliwa, pracowita, wesoła, bogobojna i zgodna. Cenił jej rady, zresztą w ogóle nie uważał kobiet za idiotki, cenił też opinię własnej matki i siostry Katarzyny. Lubił spędzać z żoną czas: opisał, jak pomagał jej robić konfitury z wiśni. Trochę się posprzeczali, kiedy po śmierci jednego z jej synów Hermann uznał, że Weisgin – a nie zapominajcie, że ona była niezależna finansowo i wniosła do tego małżeństwa duży majątek – powinna spisać testament. Ale negocjowali kolejne wersje i dogadali się.
Prowadzili zwyczajne życie. Solenne, pracowite i pozbawione skandali. Takie, jakiego nie zobaczycie w dokumentach sądowych.
Weisgin umarła w maju 1557 r. wskutek bardzo bolesnej choroby dróg rodnych. Podobnie jak Radziwiłłówna. Tyle że tym razem nikt nie ględził o karze boskiej za bezbożność i cudzołóstwo.Hermann rozpaczał. Szczerze. Ale w przeciągu 4 miesięcy od jej śmierci dostał 3 oferty małżeństwa i przeżył romansik z młodą wdową. Życie szło swoim torem.
W lutym 1558 r., namówiony przez siostrę, poślubił kolejną wdowę, Drutgin Bars. Bogatą. Z dziećmi. 10 lat starszą.
Ale Drutgin nie przypominała Weisgin, oj nie.
Drutgin miała charakterek i była zazdrosna. Kiedy w parę miesięcy po ślubie dowiedziała się, że mąż przed ślubem miał romans, zrobiła piekielną awanturę i usiłowała uciec z domu. Hermann ją zatrzymał siłą. Kiedy mu nadal ubliżała, pobił ją i zwyzywał, choć na pierwszą żonę, jak twierdził, nigdy nie podniósł ręki. Dwa dni później Drutgin mu oznajmiła, że poroniła i pokazała mu w nocniku zakrwawiony płód. Hermann był zszokowany, bo dotychczas Drutgin utrzymywała, że nie może mieć dzieci. Niebawem jednak zorientował się, że płód był w rzeczywistości zakrwawioną grudką z papieru – a w każdym razie tak postanowił wierzyć.
Małżeństwo okazało się burzliwe.
Rozstawali się i wracali do siebie. Drutgin groziła, że się zabije, Hermann – że opowie wszystkim, co ona wyprawia i jak nierozsądnie jest zazdrosna. Drutgin zarzucała mu, że się szlaja i łajdaczy. Na dodatek chodziła na skargi do księdza, przyjaciół, dzieci i krewnych. Skarżyła się też, że każe jej chodzić na targ i planować posiłki. Zupełnie jakbym była służącą, utyskiwała. Na próżno Hermann ją przekonywał, że są to zwykłe obowiązki pani domu. Kiedyś sam musiał przez 2 tygodnie je wykonywać, co było srogim ciosem i to nie wyłącznie z powodów prestiżowych. Małżeństwo pozostawało wówczas przede wszystkim jednostką gospodarczą, maleńkim przedsiębiorstwem, w którym żona zwykle pełniła funkcję mniejszego, ale jednak niezbędnego wspólnika.
Po prostu trudno było prowadzić dom i interesy bez współpracy z własną żoną.
Drutgin była wspólnikiem narowistym i nieobliczalnym. Zmusiła go nawet, żeby zrezygnował ze stanowiska w radzie miejskiej.
Nie mieli dzieci. Może i dobrze.
Ale kiedy w 1573 r. Drutgin umierała na puchlinę wodną, Hermann płakał długo i gorzko. Bo z czasem nauczył się doceniać lojalność Drutgin, która w tajemnicy przez wiele lat spłacała długi swojego pierwszego męża. Po paru latach pożycia pisał, że znalazł w tym małżeństwie spokój i szczęście.Potem przez lata procesował się z jej dziećmi o spadek.
Owdowiawszy dwukrotnie, Hermann wprowadził się z powrotem do rodzinnego domu. Znów go swatano, lecz oznajmił, że z kobiet wystarczy mu matka. Odsłużyłem światu ćwierć wieku jako małżonek i dosyć, skonstatował.
Poza tym Drutgin nie chciała, żeby się znów ożenił, a wiadomo, jaka była zazdrosna. Dokądkolwiek trafiła po śmierci, zanotował sarkastycznie, jeśli pozostała taka, jaka była za życia, na pewno byłaby zadowolona wiedząc, że po jej śmierci nie dotknąłem żadnej innej niewiasty, nie licząc uprzejmego pocałunku i tańca.
Przeżył samotnie jeszcze 26 lat, skrupulatnie odnotowując w pamiętniku kwoty, jakie wydawał na msze, wypominki i świece dla swoich zmarłych żon.Narzekacie tu czasami, że opisuję same przestępstwa, wyjątki i sytuacje graniczne, ale cóż, taka jest natura źródeł sądowych. Na szczęście Hermann von Weinsberg prowadził pamiętnik. Był synem swoich czasów, to jasne. Uprzywilejowanym z racji płci. Ale wedle jego świadectwa jego żony miały niezależność finansową, doświadczenie, siatkę rodzinnych powiązań i negocjowały – na różne sposoby – swoją pozycję w małżeństwie. Nie były słabe ani bezbronne, a w każdym razie nie w oczach własnego męża.
Choć oczywiście nie wiemy, jak one opowiedziałyby tę historię.Źródło: Pełna współczesna trzyksięgowa edycja pamiętników jest on-line.
Historia małżeństw Hermanna za: Steven Ozment, When Fathers Ruled. Family Life in Reformation Europe, Cambridge&London: Harvard Univ. Press, 1983.
Ilustracja: Pieter Breugel, Taniec weselny, 1566 r.
#AnnaBrzezińska #Uwolnione z FB
W VII w. św. Fruktuoz z Bragi spisał swoją „Regułę mnichów”. Fruktuoz pochodził ze znamienitej wizygockiej rodziny i po śmierci ojca został mnichem, potem biskupem. Wędrował po swoich rozległych rodzinnych posiadłościach w północnej Hiszpanii, jak to uczony mnich, ciągając za sobą po górach i dolinach nieszczęśliwego osła obładowanego sakwami pełnymi manuskryptów. Chciał się nawet wybrać na pielgrzymkę do Ziemi Świętej, ale król zatrzymał go i wyłajał, że tak szlachetne światło pobożności nie może opuścić Iberii i rozświetlać obcych stron. Rozświetlał więc własne, czyli zakładał tzw. klasztory podwójne, do których przyjmowano całe rodziny, wraz z małymi dziećmi.
To nie był unikatowy pomysł. Od samego zarania monastycyzmu pojawiały się wspólnoty mnichów i mniszek żyjących wspólnie pod tym samym dachem i przywództwem tego samego przełożonego lub przełożonej, bo i tak się zdarzało. Ale – być może właśnie ze względu na obecność całych rodzin pod klasztornym dachem – bezprecedensowy jest zakres ochrony dzieci, jaki przewidział w swojej regule św. Fruktuoz.Każdy mnich – głosi reguła św. Fruktuoza – który jest zanadto zainteresowany chłopcami lub młodzieńcami, albo został schwytany na pocałunku czy powłóczystych spojrzeniach lub jakiejkolwiek innej lubieżności, a jego wina zostanie dowiedziona, ma zostać publicznie obity, jego tonsura usunięta i ma zostać postawiony w publicznym miejscu, ogolony na łyso, znosząc pogardliwą hańbę, opluwany i znieważany przez wszystkich. Powinien zostać uwięziony, zakuty w żelazne łańcuchy na 6 miesięcy, a przez kolejne 3 lata każdego tygodnia powinien pościć na jak najmniejszej ilości jęczmiennego chleba, wydzielanego mu raz dziennie, na wieczór. Potem ma się znaleźć pod nadzorem duchownego i zostać oddzielony od innych oraz odesłany do pracy na roli. Powinien nieustannie być zaprzątnięty modlitwą i prosić o wybaczenie z pokutnym lamentem. W klasztorze zawsze ma chodzić pod nadzorem i pieczą 2 duchownych braci, i nigdy nie dopuszczać się dłuższej prywatnej rozmowy albo zażyłości z młodymi.
Kara wymierzana w klasztorach św. Fruktuoza mnichom krzywdzącym chłopców i młodzieńców jest niezwykle surowa. Dla porównania: mnisi, którzy kłamią, kradną i posuwają się do rękoczynów lub krzywoprzysięgają w sposób niegodny sług Chrystusowych zgodnie z tą regułą mają być najpierw napominani przez starszych, następnie trzykrotnie przyprowadzeni przed braci i przestrzegani, a dopiero potem wysmagani i zamknięci w celi na trzymiesięczną pokutę.
Zwróćcie też uwagę, że kara jest wymierzana publicznie. To niezwykle znaczące. Nikt nie peroruje, że grzech popełniony sekretnie należy sekretnie odpokutować, by nie gorszyć świeckich, nie spekuluje, co powinny zrobić małoletnie ofiary oraz jak stanowczo powinny przeciwstawiać się sprawcy. Przeciwnie. Tu odpowiedzialność jest jasno nałożona na dorosłych agresorów.
Niezwykłe jest jeszcze coś.
Z ustawodawstwa kościelnego wynika, że dość wcześnie zaczęto się niepokoić duchownymi deprawującymi chłopców (sturpatores puerorum – za synodem w Elwirze, pocz. IV w.). Pedofilia nie pojawiła się bowiem znienacka w XX w. wskutek rewolucji seksualnej i paskudnego rozpasania naszych czasów, a w każdym razie nie sądzę, by dało się o tym przekonać tych wszystkich czcigodnych średniowiecznych mężów, który ją dostrzegali w kościelnych instytucjach.
Zwykle ówczesne kościelne ustawodawstwo nie miało na celu ochrony dzieci, tylko potępienie i ukaranie grzechu, zwanego grzechem sodomskim czy grzechem przeciwko naturze albo niewypowiedzianym grzechem. Wiek osób w tenże grzech – zresztą nie tylko ten – zamieszanych czy nawet dobrowolność uczestnictwa nie były kluczowe. Lecz – co podkreślam – świeckie ustawodawstwo także nie stawało jakoś szczególnie w obronie niewinności dzieci, a praktyka bywała nader parszywa, o czym tu wielokrotnie pisałam.
Św. Fruktuoz żył na długo przed wynalezieniem rodzicielstwa bliskości i dzieciństwa, jakie znamy. W czasach, kiedy dzieciństwo trwało krótko, a jego granicę umieszczano w okolicach dojrzałości płciowej. W czasach, kiedy przemoc była wszechobecna, a dzieci stanowiły de facto własność rodziców. W czasach, kiedy autorytety się spierały, czy dzieci są złe z natury i jak z nich tę przykrą przypadłość wykrzewić wychowaniem. W czasach, kiedy dalece nie wszyscy podążali za św. Izydorem z Sewilli, łącząc wiek chłopięcy z niewinnością, wielu zaś sądziło, że życie monastyczne jest najdoskonalszą ścieżką ku zbawieniu i należy je chronić przed wszelkimi zagrożeniami i za wszelką cenę.
Pomimo to św. Fruktuoz potrafił zobaczyć w dzieciach nie źródła pokusy, zgorszenia czy współwinnego zasługującego na karę, tylko ofiary, które należy chronić. I izolował sprawców.
14 wieków temu!
Nie znam żadnego innego średniowiecznego tekstu, który robi to w równie dobitny sposób.
Notabene, ten unikatowy fragment reguły św. Fruktuoza okazał się nader żywotny. Znal go Regino z Prüm, IX-wieczny opat klasztoru benedyktynów, potem – błędnie przypisany św. Bazylemu Wielkiemu – trafił do „Dekretu” Burcharda, biskupa Wormacji, bardzo wpływowego XI-wiecznego zbioru prawa kanonicznego. W przebraniu Pseudo-Bazylego zawędrował też do innych XI-wiecznych autorów. Ale już nie do XII-wiecznego „Dekretu” Gracjana, będącego podstawą późniejszych zbiorów prawa kanonicznego.
Tradycja i prawo potoczyły się inną koleiną.Mam świadomość, że ten wpis będzie czytany we współczesnym kontekście i długo zastanawiałam się, w jaki sposób go napisać, by nie sprowokować wyłącznie rytualnej wymiany ciosów w komentarzach. Właściwie nie wierzę, że historia jest nauczycielką życia. Nie wierzę, że historia czy tradycja narzucają nam jakiś sposób reagowania na zło. Nie potrzebujemy tekstów sprzed 14 wieków, by zachowywać się przyzwoicie i bronić ofiar, nie oprawców.
Ale czasami chciałabym, żeby tego św. Fruktuoza czytał ktoś oprócz mediewistów.
Źródło:
The Fathers of the Church. Iberian Fathers, vol. 2, ed. Roy Joseph Deferrai et al., Washington: Catholic Univ. of America Press, 1969, choć lepiej byłoby: Zachodnie reguły monastyczne, Tyniec: Wydawnictwo Benedyktynów, 2013, ale akurat nie mam pod ręką.Literatura:
- Elizabeth Archibald, Incest between Adults and Children in the Medieval Wold, [in:] Children and Sexuality. From the Greeks to the Great War, ed. George Rousseau, Basingstoke&NE: Palgrave Macmillan, 2007, pp.. 85-102.
- James Brundage, Law, Sex and Christian Society in Medieval Europe, Chicago: University of Chicago Press, 1987.
- Bogdan Czyżewski, Zadania opata określone w prawodawstwie monastycznym kręgu św. Fruktuoza z Bragi, - Vox Patrum, 75 (2020): 67-88.
- Dyan Elliott, The Corrupter of Boys. Sodomy, Scandal, and the Medieval Clergy, Philadelphia: Univ. of Pennsylvania Press, 2020.Ilustracja: Miniatura z Códice Emilianense, X w., dwóch biskupów, obaj śliczni.