„Świecie, dziękujemy Ci!” – to nowa mantra Kasi, którą wczoraj powtarzała głosem pełnym zachwytu i zaskoczenia. Pełna ekscytacji opowiadała mi, że zobaczyła, jak różni ludzie i wydarzenia „zazębiają się” i wspierają nas w naszej podróży – czasem w sposób wręcz surrealistyczne przewrotny.
Jestem szczęśliwy, widząc, jak Kasia rozbija od środka skorupę trybu przetrwania, otwiera się na dobrowolną i niespodziewaną życzliwość – i sama ją daje innym.
Jest tak, jakby świat nas nagradzał za wysiłek ruszenia się na szlak z gliwickiego dołka. Za decyzję, że przyjmujemy każdą przygodę „na klatę” i uczymy nasze lęki odporności na stres.
W komentarzach do tego postu znajdziecie nasze podziękowania za kolejne takie przygody. Oto nasza Ściana Wdzięczności.

4 odpowiedzi na “99 twarzy dobra…”
Jest koniec maja. Ruszyliśmy z Piły do Strączna – pierwszy etap na własnych kołach. Po paru kilometrach musiałem zrezygnować z holowania ręcznego wózka za rowerem, bo wpadał w oscylacje. Wszystko ląduje na przczepce, co ją mocno przeciąża.
Po kilkunastu dalszych kilometrach, na wybojach, łamią się szprychy w prawym kole. Przebijają dętkę. Jesteśmy uziemieni już pierwszego dnia.
Kasia znajduje w internecie firmę transportową – w miejscowości mniej niż kilometr przed nami. Jadę tam. Właściciela nie ma, ale jego mama przekaże nasz numer i człowiek ma się oddawać za półtorej godziny.
Dzwoni niemalże co do minuty, a pół godziny później zajeżdża furgonem z windą. Monster z Kasią, nasz dobytek i przyczepka lądują na pace, ja z Pusią w kabinie, i rusza!my do Strączna.
Kiedy zapytałem, ile nas to wyniesie, człowiek powiedział — Nic. Dzisiaj mnie spotkało dobro, teraz je przekazuję Wam. A Wy podajcie je dalej.
I pojechał…
@blog Dobro jest ciche, nie rozpycha się łokciami. Oby ściana "Ściana Wdzięczności" zapełniała się i przypominała.
Kiedy już kompletnie utknęliśmy w piachu w lesie za Mierosławcem (moja pomyłka w wyborze drogi), zostawiliśmy przyczepki w lesie i ruszyli po pomoc. 4 kilometry dalej wpełzliśmy na podwórko, na którym stało kilka ciężarówek i lawet.
Piotr zapytał tylko, czy trafię z powrotem, pytanie o kasę zbył „nie będzie tragedii”, i pojechalim.
Jazda lawetą po pagórkowatym lesie to nie przelewki. Moja nawigacja prowadziła nas w najdziwniejszy sposób, ale w końcu dotarliśmy. Piotr załadował nasz dobytek niemalże jedną ręką, i ruszyliśmy z powrotem. Po drodze okazało się, że padliśmy 500 metrów przed końcem piachu i początkiem przyzwoitej drogi już wprost do Złocieńca.
Kasia i Puśka powstały nas wypoczęte i gotowe do dalszej drogi. W dwie godziny byliśmy już na polu kempingowym „Złocieniec”.
Drugiego dnia pobytu w Złocieńcu ujrzałem zmierzającą ku nam stanowczym krokiem panią. Oho – pomyślałem – ktoś już ma dość jazgotu Pusi. Tymczasem okazało się, że Ilona owszem, nasłuchała się szczekanie, ale przyszła podzielić się z nami świeżo zrobionym sernikiem. Nie dość tego: na pytanie Kasi chętnie zgodziła się wziąć do prania nasze rzeczy. W ten sposób zyskaliśmy sąsiadkę-opiekunkę, którą na zawsze zapamiętany jako Ilonę, dawczynię serników.
(Pożyczyła nam też krzesło i stolik, których nam bardzo brakowało)
Dzięki!