Ostatnie dni upływają pod znakiem kolejnych doniesień o pobitych Ukraińcach w Polsce. Nie ma już właściwie dnia, żeby nie pojawiła się nowa wiadomość z tego gatunku: kobieta pobiła dzieci, bo mówiły po ukraińsku; mężczyzna pobił Polaka, bo wziął go za Ukraińca; trzech mężczyzn we Wrocławiu ciężko pobiło Ukraińca z dziewczyną. Rząd próbuje, jak może, ratować sytuację, naciskając na policję, żeby postępowania w tych sprawach prowadziła ekspresowo i faktycznie, we wszystkich tych sprawach udało się już zatrzymać przynajmniej część sprawców. Nie zmienia to faktu, że jest to reakcja przypominająca pospieszanie ludzi biegających z wiadrami, aby wylewać wodę z dziurawej łodzi.
Aby zrozumieć, co się stało, musimy sobie odpowiedzieć na pytanie: skąd zło? Skąd właściwie wzięła się aktywna nienawiść wobec Ukraińców w Polsce? W tym celu przydatny może okazać się poniższy wykres:
Obecnie znajdujemy się gdzieś na pograniczu punktu 8. i 9., więc sensownym będzie przeanalizowanie, w jaki sposób w ogóle się tutaj znaleźliśmy.
Mimo, że samo podsycanie kwestii Wołynia jest kwestią dużo starszą i sięga przynajmniej połowy zeszłego dziesięciolecia, to myślę, że możemy umownie wyznaczyć jako początek całej operacji datę startu pełnoskalowego konfliktu w Ukrainie, czyli luty 2022 roku. Wtedy to właśnie pojawiło się zjawisko, które nasz kontrwywiad powinno było postawić w stan podwyższonej gotowości – oto nagle liczne profile antyszczepionkowe (głównie te o poglądach prawicowych), które do tej pory zajmowały się negowaniem skuteczności szczepień na COVID czy nawet istnienia samego wirusa, jak jeden mąż przestawiły się na krytykę Ukrainy. Momentalnie zaczęły pojawiać się informacje o "Ukraińskich nazistach", ruszyła na dobre akcja "Wołyń", zaś uchodźców wojennych starano się przedstawiać w jak najbardziej negatywnym świetle.
Wtedy jeszcze te działania nie przynosiły specjalnych skutków. Naród polski był zszokowany agresją wrogiej przecież w powszechnej świadomości Rosji na naszego sąsiada, uchodźcy wzbudzali głównie odruchy solidarności, zaś nieliczne głosy kwestionujące ukraińską obronę ginęły w powodzi powszechnego oburzenia. Ale twórców całej akcji niespecjalnie to obchodziło – oni wiedzieli, że to działania zakrojone na dłuższy czas. Psychologia społeczna im sprzyjała – wiadomo było, że im dłużej będzie ciągnąć się wojna, tym bardziej przejawy solidarności będą ustępować, a życzliwość wobec uchodźców zmieni się w bardziej zróżnicowane postawy, kiedy zaczną oni żyć i pracować wśród nas. Wystarczyło czekać – i robić swoje.
Gdyby państwo polskie wówczas zadziałało sprawnie, można by było cały problem zdusić w zarodku. Grzegorz Braun był wówczas mało znaczącym skrajnym politykiem, oburzenie wobec prorosyjskich / antyukraińskich postaw było powszechne. Rozbicie siatek antyukraińskich grup w mediach społecznościowych oraz zdejmowanie takich kanałów z serwisu YouTube prawdopodobnie bardzo utrudniłoby dalsze działanie. Niestety, nie zrobiono nic – najprawdopodobniej także w wyniku braku woli politycznej. Wśród ludzi rządzącego wówczas PiS sympatia do bratniej prawicowej Konfederacji była dość znaczna, a zaatakowanie będącego jeszcze wówczas członkiem Konfederacji Brauna uznane zostałoby za wywoływanie wojny na prawicy, do czego PiS wówczas bardzo nie chciał dopuścić.
Mijały lata, władza się zmieniła, a grupy antyukraińskie urosły w siłę. Jako że ukraińskich uchodźców przyjęliśmy bardzo dużo i kontakt z nimi stał się częścią codziennego doświadczenia znacznej części Polaków, wzmaganie niechęci wobec nich mogło opierać się na wykorzystywaniu znanych i przestudiowanych mechanizmów psychologicznych. Istotne są tutaj zwłaszcza dwa: efekt reiteracji (iluzorycznej prawdy) i kaskada dostępności.
Efekt reiteracji to zasada, której aktywną wersję często potocznie przytacza się jako "prawo Goebbelsa" (chociaż źródła nie potwierdzają, aby Goebbels faktycznie te słowa wypowiedział): "Kłamstwo powtórzone tysiąc razy staje się prawdą.". Jest to zasada, która eksploatuje heurystyki, którymi posługuje się nasz mózg – informacje, które słyszymy często, stają się dla nas statystycznie istotniejsze przy ocenianiu prawdziwości pewnych zdań, nawet, jeśli na początku owe informacje przytaczamy sceptycznie. Jeżeli jesteśmy stale bombardowani pewnymi konkretnymi treściami, to przy braku stanowczego i świadomego wysiłku w ich odrzucanie nasz opór wobec twierdzeń, które z początku wydają się wątpliwe, zaczyna słabnąć, przekształcając się stopniowo w "no raczej nie…", potem w "a może coś w tym jest…", następnie w "rzeczywiście tak jest…", a na końcu w niewzruszoną pewność. Tutaj szeroko pojętym sloganem stało się hasło "Ukraińcy nienawidzą Polaków i chcą nas zniszczyć", czego "dowodem" miały być dramatyczne wydarzenia końca II Wojny Światowej z Kresów Wschodnich.
Kaskada dostępności z kolei to sposób, w jaki utrwalamy sobie prawdziwość / wiarygodność pewnych twierdzeń. Kiedy jakąś informację słyszymy tylko z jednego źródła, często będziemy ją ignorować. Ale kiedy słyszymy ją z wielu źródeł – pozornie niezależnych – to zaczynamy przypisywać jej większe prawdopodobieństwo, nawet, jeśli te źródła de facto powtarzają po sobie nawzajem albo po innym źródle centralnym. W efekcie sami zaczynamy propagować tę informację, generując efekt wspomnianej kaskady – coraz więcej informacji na dany temat dochodzi do ludzi ze źródeł, w których dana informacja jest w konkretny sposób sprofilowana. To właśnie powoduje, że na obecnym etapie antyukraińska propaganda nie potrzebuje już koniecznie botów z Sankt Petersburga, żeby ją rozsiewać – rozsiewają ją zupełnie za darmo złapani w ową kaskadę dostępności rodzimi ochotnicy.
Tutaj widać już bardzo dobrze, w jaki sposób zadziałały punkty 4 i 5 z wykresu. Antyukraińskie profile wyłapywały wszelkie objawy frustracji: na długie kolejki u lekarza, na brak dobrze płatnej pracy, na problemy z miejscami w placówkach dla dzieci, na problemy ze znalezieniem partnerów życiowych – i przekierowywały je na przybyszów z Ukrainy. Będąc z wizytą na SOR-ze spotkałem się chyba z trzema różnymi osobami, które za długą kolejkę winiły mitycznych Ukraińców, którzy "zawsze są przepuszczani przodem". Historyjki o Ukraińcach, którzy leczyli się bez kolejki, drenując zasoby ochrony zdrowia, słyszałem wielokrotnie. I nie miało tu znaczenia, że były one fałszywe, a ich sprostowania pojawiały się od razu. Sprostowania nie przebijały się do przestrzeni publicznej z taką intensywnością. I przede wszystkim – nie zaspokajały psychologicznej potrzeby, którą określa się mianem egotyzmu atrybucyjnego – przypisywania swoich sukcesów sobie, a porażek innym. Wyselekcjonowany, łatwo dostępny, widoczny w praktyce wróg miał być tutaj źródłem wszelkiego zła. A receptą na sukces – pozbycie się go. Każda osoba, która była w stanie własne niepowodzenie, własną frustrację przekuć w niechęć do konkretnego Ukraińca czy Ukrainki, stanowiła potencjalnego nowego żołnierza internetowych legionów. Ruch nie potrzebował już zewnętrznej inspiracji – zaczynał być samowystarczalny.
W miarę wzrastania takich nastrojów zmieniały się także społeczne postawy. Politycy, którzy z początku niechętnie angażowali się w jawnie antyukraiński hejt, zaczęli wykorzystywać to jako paliwo wyborcze. Partie, które od początku takim hejtem epatowały, jak Korona Brauna, rosły nieproporcjonalnie w siłę. A przede wszystkim – stopniowo wzrastało społeczne przyzwolenie dla tej niechęci. Przełamano efekt tabu. Negatywne stereotypy wobec Ukraińców przestały być czymś, z czym trzeba było się chować – zaczęły być czymś, czym można było zacząć się chwalić publicznie, znakiem rozpoznawczym, wyróżnikiem grupy już nie tak bardzo mniejszościowej. Punktem zwrotnym były wybory prezydenckie, które Karol Nawrocki wygrał w dużym stopniu dzięki wyborcom antyukraińskim. Którym także szybko się odwdzięczył, wetując w sierpniu 2025 ustawę o pomocy obywatelom Ukrainy.
A władze? Władze z narastającym problemem w sferze informacyjnej nie zrobiły nic. Na każdym kroku zdecydowany atak na kanały dystrybucji owego hejtu, na jego głównych uczestników – masowa akcja aresztowań, oskarżeń, przeszukań – mogłaby przystopować ten proces, wywołać efekt mrożący. Istniejący w polskim prawie paragraf o pochwalaniu wojny napastniczej nie został chyba użyty ani razu – przynajmniej nie trafiłem na medialne doniesienia na ów temat – nawet wśród osób jawnie pochwalających rosyjską agresję. Nie stworzono nawet komórki, która zajmowałaby się zgłaszaniem hejterskich profili do serwisów społecznościowych i wywieraniem presji na ich usunięcie. Nie zrobiono niczego takiego, znów, prawdopodobnie ze strachu przed oskarżeniami o "działania polityczne". Grzegorz Braun jak dotąd nie trafił do aresztu, nie został skazany za żadne z przestępstw, o które go oskarżono – nie mówiąc już o jego ludziach. Za to osoby prowadzące antyukraińskie profile czują się na tyle pewnie, że pozywają osoby, które je krytykują – jeden z "samotnych wilków", badający rosyjskie wpływy w Polsce Marcin Ludwik Rey, przegrał nieprawomocnie proces o zniesławienie z osobą prowadzącą antyukraiński profil – sąd uznał, że przypisywanie autorce rosyjskich inspiracji jest nieuprawnione. Brak determinacji władz w walce z rozprzestrzenianiem jawnych, nienawistnych kłamstw był aż nadto widoczny – oczywiście spora w tym zasługa także naszych "sojuszników" z Ameryki, propagujących w mediach społecznościowych absurdalne rozumienie "wolności słowa" – jako wolności do podżegania za pomocą dowolnych kłamstw do dowolnych działań tak długo, aż owo podżeganie nie następuje wprost.
Resztę zrobiły czas i niesprzyjające okoliczności. Błędy władz Ukrainy (jak chociażby w kwestii nadania wojskowej jednostce imienia "Bohaterów UPA" przez prezydenta Zełenskiego) oraz wspomniane już przeze mnie zmęczenie obecnością dużej grupy imigrantów domknęło proces.
W efekcie dotarliśmy do punktu 8 i 9. W tym momencie szczerze mówiąc nie wiem, jak to zatrzymać. Być może eskalacja przemocy w jakiś sposób skłoni władze do działania – dużo bardziej prawdopodobne jest niestety, że skończy się na paru pokazowych aresztowaniach w wyjątkowo głośnych sprawach, problem na chwilę nieco ucichnie, a w przyszłorocznych wyborach do władzy dojdą już jawni antyukraińscy hejterzy. Co będzie się działo wówczas, wolę nie myśleć, chociaż historia daje nam nieco smutnych materiałów na temat tego, co się dzieje, gdy zorganizowana nienawiść wynosi do władzy tych, którzy tę nienawiść wspierali.
Co możemy zrobić? Możemy twardo wyrażać nasz sprzeciw wobec sytuacji, w których dochodzi do antyukraińskiego hejtu. Możemy nie przyzwalać na niego w naszych przestrzeniach – przeraża mnie, gdy widzę, kiedy pod nominalnie proukraińskim wpisem autor pozwala na zdominowanie komentarzy przez antyukraińskie konta w imię "wolności wypowiedzi". Takie wpisy per saldo działają tylko na niekorzyść, wskutek wspomnianego przeze mnie wyżej efektu kaskady dostępności. Powinniśmy uświadamiać znajomych w kwestii tego, jak działają ww. mechanizmy rozsiewania hejtu. Możemy i powinniśmy naciskać na wszystkich polityków niższego i wyższego szczebla, aby podjęli w tej kwestii bardziej stanowcze działania. Wreszcie, możemy się próbować jakoś bronić przy urnie wyborczej. Jedno dla mnie nie ulega wątpliwości – to nie jest zwykły spór polityczny. To spór o absolutne podstawy cywilizacyjne – spór, na którego przegranie nie możemy sobie pozwolić.
