Plot twist: konieczność napraw i regeneracji rzuciły nas na pastwę cywilizacji w Wałczu. Niebawem ruszamy dalej.

Wczoraj nauczyliśmy się jak trzymać od środka namiot, żeby nie odleciał a’la Ptak Burzy.
Obrazek obok pokazuje mapę radarową opadów z pinezką zaznaczając naszą pozycję już po przejściu pierwszej fali.
W pierwszej fali wiatr wyrwał remizki na rogach dodatkowej plandeki, ale w przerwie zamocowałem linki na supły. Na zdjęciu Kasia, w fazie przejściowej między paniką a euforią.


Po pierwszej fali wiatr siadł poniżej pięćdziesięciu na godzinę, a dodatkowa plandeka ładnie odprowadzała deszcz. Kapitan wydał rum i zarządził tańce na pokładzie.
Technicznie uratowało nas dodatkowe zakotwiczenie namiotu w linii wiatru: z jednej strony do ogrodzenia, z drugiej do haka holowniczego Monstera.
Na zdjęciu widać ekstra plandeki i mocowania w trakcie demontażu.
Edit:
jest idealny letni dzień, mamy pełny klar posztormowy. Tak wspaniale nasz obóz jeszcze nie wyglądał.



Zostaw odpowiedź