Matthew Halaba, LinkedIn
Wakacje, nuda i oficer prowadzący. Tekst dla rodziców, którzy myślą, że dziecko po prostu gra
Jest jedenasta rano. Twoje dziecko siedzi w pokoju od trzech godzin. Słychać stukot klawiatury i czyjś głos w słuchawkach. Pewnie kolega z klasy. Pewnie.
Zanim do tego wrócę, muszę opowiedzieć o Iwano-Frankiwsku.
Dwóch chłopaków, 15 i 17 lat. Zwerbowani przez Telegram. Dostali instrukcję, jak skręcić dwa improwizowane ładunki wybuchowe, i obietnicę tysiąca siedmiuset dolarów. Cały proces produkcji musieli nagrywać, bo taki jest protokół w tej robocie: najpierw dowód, potem pieniądze. Kiedy nieśli gotowy ładunek na miejsce planowanego zamachu, ktoś siedzący kilkaset kilometrów dalej nacisnął guzik. Siedemnastolatek zginął na miejscu. Piętnastolatek przeżył z ciężkimi obrażeniami i resztę życia będzie się zastanawiał, dlaczego akurat wtedy.
Zdalna detonacja nie była pomyłką. W żargonie analitycznym nazywamy to eksploatacją terminalną. Narzędzie wykonało zadanie, narzędzie było jednocześnie świadkiem, więc narzędzie zostało zutylizowane. Dwa problemy załatwione jednym impulsem. Kontrwywiad nie ma kogo przesłuchać, a efekt kinetyczny i tak jest. Z punktu widzenia oficera prowadzącego to jest po prostu efektywność. Tania, powtarzalna, bez kosztów politycznych.
Trzymaj tę scenę z tyłu głowy przez kolejnych dziesięć minut czytania.
Dlaczego piszę o tym w sierpniu, a nie we wrześniu
Bo teraz są wakacje. Bo dziecko ma od sześciu do ośmiu godzin dziennie nienadzorowanego kontaktu ze światem, a ty jesteś w pracy. Bo w wakacje wypada rutyna, znika szkoła jako punkt odniesienia, znika wychowawca, który by coś zauważył, i zostaje nuda plus przekonanie, że wszyscy mają kasę na wyjazdy, tylko nie ja.
To nie jest przypadek, że ludzie od operacji hybrydowych lubią lipiec i sierpień. Oni pracują na kalendarzu tak samo jak marketerzy. Nuda, samotność i brak dwustu złotych na cokolwiek to jest dokładnie ten profil, którego szukają.
I jeszcze jedno. Piszę na LinkedIn, więc czytają to głównie ludzie, którzy zawodowo zajmują się bezpieczeństwem, ciągłością działania, infrastrukturą, ochroną. Mamy audyty, mamy procedury, mamy ISO i NIS2. A najsłabszym ogniwem w tym całym systemie jest znudzony czternastolatek z komputerem, który za trzysta złotych podpali szafę przekaźnikową przy torach. Czasem twojemu pracodawcy. Czasem twoją.
Kogo oni szukają
Nie geniuszy. Nie fanatyków. Nie dzieci z rodzin o określonych poglądach.
Profil docelowy jest zaskakująco banalny i dlatego tak skuteczny. Chłopcy, przeważnie, w przedziale od jedenastu do siedemnastu lat. Samotni. Wyalienowani. Z rodzin, w których coś nie działa, albo po prostu z rodzin bardzo zapracowanych, co bywa tym samym z perspektywy dziecka. Z problemami finansowymi w domu. Ze statusem migranta albo uchodźcy. Z silną potrzebą przynależności do grupy i udowodnienia, że jest się coś wart.
Czyli, mówiąc wprost, mniej więcej co czwarty nastolatek w Polsce w jakimś momencie ostatnich dwóch lat.
Wyszukiwanie takich profili nie jest robione ręcznie przez ludzi w mundurach. To jest zautomatyzowany biały wywiad behawioralny. Algorytmy TikToka, Telegrama i Discorda same podają na tacy sygnały: kto pisze, że nie ma kasy, kto pisze, że nikt go nie rozumie, kto siedzi w nocy, kto szuka „szybkiego zarobku dla nastolatka”, kto ogląda materiały o wojsku, broni, wybuchach. Nie trzeba szpiega. Wystarczy filtr i cierpliwość.
I tu jest pierwszy punkt, który chcę, żebyś zapamiętał: twoje dziecko nie musi nic robić, żeby zostać namierzone. Wystarczy, że istnieje w sieci i ma słaby dzień.
Etap pierwszy: to nie jest werbunek, to jest gra miejska
Nikt nie podchodzi do trzynastolatka z propozycją zdrady państwa. To by nie zadziałało i oni doskonale o tym wiedzą.
Pierwsze zlecenie wygląda jak wyzwanie z aplikacji. Idź w to miejsce. Zrób trzy zdjęcia. Podaj współrzędne. Nagraj piętnaście sekund. Wyślij. Dostaniesz dwadzieścia, może pięćdziesiąt dolarów, najczęściej w kryptowalucie albo w kodzie do doładowania.
Z perspektywy nastolatka to jest questik. Dosłownie tak to nazywają, „quest”, bo cała mechanika jest przeniesiona żywcem z gier open world. Jest zleceniodawca, jest zadanie, jest nagroda, jest ranking, czasem jest nawet fabuła. Dziecko, które przez trzy lata robiło questy w Roblox i GTA, wykonuje dokładnie ten sam schemat poznawczy w realnym mieście i mózg nie zapala żadnej czerwonej lampki. Bo dlaczego miałby.
A po drugiej stronie to nie jest gra. To jest crowdsourcing rozpoznania.
W Charkowie ukraińskie służby rozbiły dwie niezależne grupy złożone w całości z piętnasto- i szesnastolatków. Chodzili po mieście i fotografowali instalacje obrony powietrznej, przekonani, że biorą udział w grze terenowej za drobne pieniądze. Zebrane przez nich współrzędne posłużyły do naprowadzenia rosyjskich uderzeń rakietowych na te właśnie stanowiska. Dzieciaki dostały po kilkadziesiąt dolarów. Kilkanaście osób zginęło.
W Polsce ten sam mechanizm dotyczył węzłów kolejowych na Podkarpaciu i tras przerzutu uzbrojenia przez Rzeszów. Zdjęcia bocznic. Rozkłady. Kamery.
Zwróć uwagę na koszt tej operacji dla przeciwnika. Kilkadziesiąt dolarów za rozpoznanie, które normalnie wymagałoby wysłania oficera pod przykryciem, z legendą, z dokumentami, z ryzykiem dekonspiracji i skandalu dyplomatycznego. Zamiast tego mają nastolatka na rowerze, który zrobi to lepiej, bo nikt nie zwraca uwagi na nastolatka na rowerze robiącego zdjęcia telefonem.
Etap drugi: przekroczenie granicy
Kiedy prowadzący ma pewność, że dziecko jest już przyzwyczajone do schematu „zadanie, dowód, przelew”, schemat się nie zmienia. Zmienia się tylko treść zadania.
Najpierw graffiti. Napis na murze, hasło antyukraińskie albo antynatowskie, czasem symbol grupy, o której dziecko nigdy nie słyszało. Stawka rośnie do stu, dwustu euro. W Tallinnie rosyjskojęzyczny nastolatek zwerbowany przez Telegram wraz z łotewskim wspólnikiem pomalował hasłami grupy Killnet budynek natowskiego centrum cyberobrony. Dostali po czterysta euro. Czterysta euro za wymalowanie napisu na siedzibie NATO, co jest jednocześnie żałosne i przerażająco tanie.
Potem podpalenia. Szafy przekaźnikowe sterujące ruchem kolejowym, bo to jest najprostszy sposób na zatrzymanie transportu wojskowego bez dotykania samego transportu. Składy budowlane. Magazyny. Pojazdy. W Polsce mieliśmy podpalenia w Warszawie i Radomiu realizowane przez ludzi sterowanych zdalnie przez ten sam typ kanału.
Instruktaże przychodzą w formie filmików. Jak zrobić butelkę zapalającą, jaka proporcja, jaki knot, gdzie stanąć, gdzie uciekać, jak zdjąć kurtkę po. To są materiały produkowane profesjonalnie, w celach operacyjnych, nie przypadkowe znaleziska z internetu.
Stawki na tym etapie idą w kilkaset, czasem kilka tysięcy dolarów. Dla siedemnastolatka, który nigdy nie miał w ręku więcej niż dwustu złotych naraz, to jest kwota abstrakcyjna. A wyobraźnia o konsekwencjach w tym wieku jest, delikatnie mówiąc, w fazie rozwojowej. Nastolatek nie potrafi wyobrazić sobie siebie za osiem lat. Neurologicznie nie potrafi, to nie jest kwestia charakteru.
I na tym właśnie polega cała ta operacja. Na eksploatowaniu niedojrzałości płata czołowego, przemysłowo, na skalę kontynentu.
Etap trzeci: pułapka, czyli moment, w którym nie da się już wyjść
To jest fragment, który rodzice rozumieją najsłabiej, a jest najważniejszy.
W pewnym momencie dziecko orientuje się, że coś jest nie tak. Zadania robią się za ciężkie. Pojawia się słowo, którego nie było wcześniej. Ktoś prosi o coś, czego nie da się już wytłumaczyć jako żartu. I dziecko chce się wycofać.
Wtedy prowadzący zmienia ton.
Bo on ma już wszystko. Ma filmy z każdego wykonanego zadania, które sam kazał nagrywać w fazie „weryfikacji”. Ma zdjęcie dowodu albo paszportu, które kazał przesłać przy pierwszej wypłacie. Ma geolokalizację telefonu. Ma korespondencję. Ma czasem nagranie głosu. W żargonie tych sieci nazywa się to bloodsign, podpis krwią, i cała fakturaria pierwszych zadań służy właśnie temu, żeby go zebrać.
Komunikat jest prosty. Wysyłam to na policję i dostajesz dwanaście lat. Albo wysyłam to twojej matce. Albo wiem, gdzie mieszka twoja siostra.
I nastolatek, który jest przekonany, że jest sam, że rodzic go zabije, że nie ma do kogo pójść, robi dalej. Robi coraz gorsze rzeczy, coraz bardziej przerażony, coraz bardziej pewny, że nie ma odwrotu. Cała ta konstrukcja stoi na jednym filarze: na wstydzie dziecka przed tobą.
Zapamiętaj to zdanie. Wrócę do niego na końcu, bo to jest jedyna rzecz w tym tekście, która realnie zależy od ciebie.
Głos, który brzmi jak kolega z klasy
Teraz część, w której ludzie zwykle mówią „to niemożliwe”.
Naturalnym pytaniem rodzica jest: przecież usłyszałbym. Dziecko rozmawia po polsku, ja przechodzę pod drzwiami, słyszę nastoletni głos i śmiech. Gdyby rozmawiał z jakimś dorosłym Rosjaninem, tobym wiedział.
Nie wiedziałbyś.
Technologia nazywa się RVC, konwersja głosu oparta na wyszukiwaniu, i jest dostępna za darmo, jako oprogramowanie otwarte, od kilku lat. Działa w czasie rzeczywistym, z opóźnieniem poniżej ćwierć sekundy. Zachowuje intonację, emocję, tempo, oddech, śmiech. Nie zamienia mowy w robota, tylko nakłada na twój głos barwę innego człowieka.
Efekt jest taki, że trzydziestopięcioletni oficer mówiący po rosyjsku z ciężkim akcentem, po przepuszczeniu przez model i tłumacz, brzmi w słuchawkach twojego dziecka jak szesnastolatek z Warszawy. Albo z Rygi. Albo z Kijowa, jeśli akurat gra rolę ukraińskiego rówieśnika, bo takie legendy też są w użyciu.
Wykrycie tego z ucha jest praktycznie niemożliwe. Nawet automatyczna detekcja wymaga analizy widma, cech cepstralnych i artefaktów syntezy w krótkich oknach czasowych, czyli narzędzi, których nie ma nawet większość platform, nie mówiąc o rodzicu za ścianą.
Do tego dochodzi drugi element maskowania, jeszcze prostszy i jeszcze skuteczniejszy. Fałszywa flaga. Rekruter prawie nigdy nie przedstawia się jako ktoś z Rosji. Podaje się za lokalną grupę przestępczą zlecającą brudną robotę. Za kibolską ustawkę. Za skrajnie prawicową bojówkę. Bywa, że za ukraiński wywiad, żeby przetestować lojalność albo narobić chaosu.
Więc kiedy zatrzymany nastolatek mówi policjantowi, że robił to dla jakiegoś gościa z osiedla obok, on nie kłamie. On naprawdę tak myśli. I to jest właśnie sens tej konstrukcji: dziecko nie ma żadnej wiedzy o rzeczywistym mocodawcy, więc śledztwo kończy się na dziecku.
Pieniądze, których nie zobaczysz na wyciągu
Kolejna rzecz, która rozbraja czujność rodziców. Nie ma przelewu. Nigdy nie ma przelewu.
Płatności idą trzema kanałami i wszystkie trzy są dla ciebie niewidzialne.
Pierwszy to kryptowaluty, najczęściej bitcoin, czasem monero. Portfel zakłada się w trzy minuty, nie wymaga dokumentu, nie zostawia śladu w banku.
Drugi to karty podarunkowe. Kody do Steam, Google Play, PlayStation. Wysyłane jako zdjęcie albo ciąg znaków w wiadomości. Płynne, anonimowe, wymienialne dalej.
Trzeci jest najciekawszy i najbardziej niedoceniany: skiny. Wirtualne skórki na broń w Counter-Strike 2 mają realną, czasem bardzo wysoką wartość rynkową. Prowadzący kupuje przedmiot za czyste pieniądze, przekazuje go w grze przez zwykły mechanizm wymiany, a dziecko sprzedaje go na jednym z nieregulowanych rynków wtórnych. Cała operacja wygląda dokładnie tak samo jak to, co robi codziennie kilkanaście milionów nastolatków na świecie. Żaden system bankowy tego nie zauważy, bo bank tego nie widzi. Nazywa się to micro-laundering i sami producenci gier przyznawali, że gigantyczna część obrotu na ich rynkach ma podłoże kryminalne.
Praktyczny wniosek dla rodzica jest taki: jeśli szukasz dowodu w postaci pieniędzy na koncie, szukasz w złym miejscu. Szukaj w ekwipunku.
Nagłe pojawienie się drogiego skina, którego dziecko „dostało od kolegi”, nowego telefonu „od kumpla, bo zmieniał”, kodu do Steam bez wyjaśnienia, gotówki w plecaku. To są sygnały, tylko trzeba wiedzieć, że są sygnałami.
Polska nie jest widownią
Wiem, jaki jest odruch. Ukraina, Bałtyk, wojna, u nas spokojnie.
W 2023 roku rozbito w Polsce siatkę liczącą blisko pięćdziesiąt osób, która wykonała ponad pięćset zadań na rzecz rosyjskiego wywiadu. Głównie młodzi ludzie, w tym uchodźcy. Zadania: obserwacja, dokumentacja, a przede wszystkim zakup i instalacja kamer monitorujących trasy przerzutu uzbrojenia na podkarpackich węzłach kolejowych. Stawki, w wielu przypadkach, w granicach kilkudziesięciu dolarów za zadanie.
Rolę pośrednika, czyli tego, kto rekrutował dalej wśród rówieśników, odgrywał w tej sieci chłopak, który w chwili działania nie miał ukończonych osiemnastu lat. Werbował znajomych przez Telegram. Nie oficer GRU. Kolega.
To jest model, który skaluje się sam. Wystarczy jeden zwerbowany nastolatek w mieście, a on dociera dalej niż jakikolwiek szpieg, bo ma dostęp do środowiska, do którego nikt dorosły nie wejdzie.
A na terytorium samej Rosji, według niezależnych zestawień OSINT, ponad dwustu czterdziestu nastolatków usłyszało zarzuty o charakterze terrorystycznym po podpaleniach obiektów kolejowych i sprzętu wojskowego zleconych przez komunikatory. Tam też ich zużywają. Nie ma sentymentów wobec własnych.
Krótka wstawka dla tych, którzy czytają to zawodowo
Jeśli odpowiadasz za ochronę fizyczną obiektu, za ciągłość działania albo za bezpieczeństwo infrastruktury, masz w tym tekście dwie informacje operacyjne.
Pierwsza: twój intruz coraz częściej nie wygląda jak intruz. Nie ma trzydziestu pięciu lat, nie ma sprzętu, nie ma wyszkolenia, nie zachowuje się jak ktoś, kto wie, co robi, bo nie wie. Ma piętnaście lat, plecak i telefon. Wasze procedury, wasi ochroniarze i wasze systemy analityki wideo są kalibrowane pod dorosłego sprawcę z zamiarem, a nie pod dziecko wykonujące zadanie, którego sensu nie rozumie. To jest luka detekcyjna, nie luka techniczna.
Druga: rozpoznanie waszego obiektu prawdopodobnie już zostało zrobione i nie kosztowało nikogo więcej niż kilkaset dolarów. Zdjęcia bram, zmian warty, ogrodzenia, kamer, tablic rozdzielczych, tras dojazdowych. Wykonane latem, przez kogoś, kto przechodził tamtędy z rowerem. Jeżeli w waszej ocenie ryzyka nie ma pozycji „zdalnie sterowany, jednorazowy sprawca nieletni bez wiedzy o mocodawcy”, to ta ocena ryzyka jest o jedną wojnę spóźniona.
I trzecia rzecz, już nie operacyjna. Znaczna część waszych pracowników ma dzieci w wieku, o którym piszę. Godzina szkolenia świadomościowego na ten temat, zrobiona teraz, w sierpniu, zrobi dla bezpieczeństwa waszego obiektu więcej niż kolejna kampania o phishingu. Bo phishing kosztuje was pieniądze, a to kosztuje kogoś dziecko.
Prawo, czyli część, która boli najbardziej
Tu muszę być bardzo bezpośredni, bo widzę w rozmowach z rodzicami głęboko fałszywe przekonanie, że „to dziecko, to mu nic nie zrobią”.
Zrobią.
Do siedemnastego roku życia sprawa co do zasady idzie do sądu rodzinnego, na podstawie ustawy o wspieraniu i resocjalizacji nieletnich. Środki wychowawcze, nadzór kuratora, w cięższych przypadkach zakład poprawczy, który nie jest miejscem, w którym chcesz, żeby twoje dziecko spędziło trzy lata. Odpowiedzialność za czyn karalny zaczyna się już od trzynastego roku życia, a postępowanie o demoralizację można wszcząć wobec dziesięciolatka.
Po ukończeniu siedemnastu lat wchodzi kodeks karny, na pełnych zasadach. A przepisy o szpiegostwie i dywersji na rzecz obcego wywiadu, po nowelizacji z 2023 roku, przewidują kary liczone w latach dwucyfrowych, z dożywociem w kwalifikowanych przypadkach włącznie. Osiemnastoletni maturzysta, który przez dwa poprzednie lata „grał w gierkę za skiny”, odpowiada jak dorosły dywersant. Bo nim, w rozumieniu prawa, jest.
W wąskim zakresie, przy najcięższych zbrodniach, przepisy pozwalają sądzić na zasadach dorosłych piętnasto-, a nawet czternastolatków, ale wymaga to spełnienia bardzo restrykcyjnych warunków i wiąże się z obligatoryjnym złagodzeniem kary. I właśnie w tej szczelinie przeciwnik pracuje świadomie. Oni znają nasze kodeksy lepiej niż większość rodziców. Ta luka odpowiedzialności to nie jest efekt uboczny ich strategii, to jest jej fundament.
Dołóż do tego stronę cywilną. Jeśli twoje dziecko spali szafę sterowniczą, rachunek za urządzenia, za przestój, za ruch zastępczy i za usuwanie skutków potrafi iść w setki tysięcy złotych. Odpowiedzialność za tę szkodę rozkłada się między nieletniego i osoby zobowiązane do nadzoru, w zależności od wieku i od tego, czy nadzór był należyty. Przetłumaczę z prawniczego: jest realna szansa, że zapłacisz ty.
Co możesz zrobić, konkretnie, w tym tygodniu
Nie napiszę „porozmawiaj z dzieckiem”, bo to jest rada bezużyteczna i wszyscy to wiemy. Napiszę rzeczy wykonalne.
Nie zabieraj sprzętu jako pierwszego odruchu. To jest najczęstszy błąd. Zabierając komputer, tracisz jedyne okno, przez które cokolwiek widzisz, a dziecko przenosi aktywność na telefon kolegi, na sprzęt w bibliotece, na drugie konto. Uczysz je ukrywania, nie ostrożności.
Powiedz trzy zdania, dosłownie tymi słowami. Po pierwsze: nikt normalny nie płaci nastolatkowi za zdjęcie budynku, torów, masztu ani wojskowego pojazdu. Po drugie: jeśli ktoś każe ci nagrać dowód wykonania, to nie po to, żeby ci zapłacić, tylko żeby mieć na ciebie haka. Po trzecie: jeśli coś takiego już się wydarzyło, przyjdź do mnie, a ja nie zrobię awantury.
Naucz rozpoznawać schemat, nie platformę. Blokowanie Telegrama nic nie da, bo za pół roku będzie inna aplikacja. Schemat jest niezmienny i ma cztery kroki: łatwe pieniądze, dziwna prośba, żądanie nagrania dowodu, groźba. Dziecko, które zna te cztery kroki, rozpozna je wszędzie.
Sygnały, na które patrzeć:
- Drugi telefon albo druga karta SIM.
- Nowa aplikacja do komunikacji, o której nie było mowy.
- Gwałtowna tajemniczość wokół telefonu, odwracanie ekranu, wychodzenie z pokoju przy rozmowach.
- Nagłe pieniądze, skiny, kody, gadżety niewiadomego pochodzenia.
- Prośby o podwiezienie w miejsca, w których dziecko nie ma nic do roboty, zwłaszcza w okolice torów, podstacji, magazynów, jednostek.
- Zdjęcia infrastruktury w galerii telefonu.
- Nowe słownictwo, którego wcześniej nie było, zwłaszcza rusycyzmy albo żargon zadaniowy.
Przejrzyj rolkę razem, nie za plecami. Jawnie, z dzieckiem, jako wspólna rzecz, nie jako rewizja. Kontrola prowadzona ukradkiem, kiedy wyjdzie na jaw, kończy relację, a relacja jest tu jedynym realnym systemem wczesnego ostrzegania, jaki masz.
Wykorzystaj to, że są wakacje. Sześć tygodni pustego czasu to jest zasób, o który walczy z tobą ktoś inny. Nie musisz go wypełnić w całości, ale każda godzina, w której dziecko robi coś z ludźmi, których znasz, to godzina odjęta z drugiej strony.
Jeśli już się stało. Nie kasuj niczego. Historia rozmów, numery, nicki, portfele, zdjęcia, to jest materiał dowodowy i jednocześnie jedyna rzecz, która pozwoli wykazać, że twoje dziecko było manipulowane, a nie działało z własnej inicjatywy. Nie pisz do werbownika. Nie próbuj go sam namierzać, bo zrobisz tylko tyle, że go spłoszysz i skasuje kanał. Idź na policję albo do delegatury ABW, z materiałem, najlepiej z adwokatem. Im wcześniej, tym większa różnica między statusem świadka a statusem podejrzanego. Ta różnica jest warta całe życie.
Jedno zdanie, na którym stoi cała ta operacja
Wróćmy do fazy czwartej, do szantażu.
Ten cały aparat, budżet GRU, modele głosowe, kanały C2, wirtualne numery z Indii i Iranu, ekonomia skinów, prawnicy analizujący polski kodeks karny w poszukiwaniu luk, to wszystko trzyma się na jednym, bardzo kruchym założeniu.
Że twoje dziecko bardziej boi się ciebie niż ich.
Że kiedy zorientuje się, w co wdepnęło, wybierze robienie dalej strasznych rzeczy zamiast przyjścia do rodzica i powiedzenia „wpakowałem się”.
I to jest jedyny element całego łańcucha, na który masz realny, natychmiastowy wpływ. Nie zmienisz regulaminu Telegrama. Nie zmienisz kodeksu karnego. Nie wyłączysz Roblox. Ale możesz dzisiaj, przy kolacji, bez teatru i bez wykładu, powiedzieć jedno zdanie: cokolwiek zrobisz, przyjdź z tym do mnie, ogarniemy to razem, nie będę krzyczał.
To brzmi miękko jak na tekst o rosyjskim wywiadzie wojskowym. Ale w tej konkretnej wojnie to jest kontrmiara o najwyższej skuteczności, jaką dysponujemy. Reszta to robota moja i moich kolegów.
A twoje dziecko dalej siedzi w tym pokoju, w słuchawkach, i śmieje się z czegoś, co powiedział mu ktoś, kogo nigdy nie widziało na oczy.
Sprawdź, kto to.


Zostaw odpowiedź