Nr 3 (199), W najnowszym numerze, Mona Chollet
Psycholog Yves Alexandre Halmann opisuje przypadek jednej ze swoich pacjentek, której rodzice wpoili przekonanie, że ”Praca i wysiłek są najważniejsze. (…) Czułam się winna, że poświęcam czas tylko sobie, tylko na swoje przyjemności” – wyznaje. „Wydawało mi się, że nie jestem tego warta, że nie zasługuję na to”.
Dlaczego nie dostrzegałam tego u siebie wcześniej? Prawdopodobnie dlatego, że tryb „króliczka Duracella” jest pod każdym względem doskonale zgodny z rytmem pracy etatowej. Poddając się mu, byłam wzorową pracownicą i redagowałam jeden tekst za drugim z regularnością metronomu. W kontekście mojej pracy zawodowej to uwarunkowanie, zakorzenione we mnie bardzo mocno, wydawało się czymś zupełnie naturalnym, a więc nawet dla mnie samej było niewidoczne. Przez ostatnie lata co jakiś czas brałam kilkumiesięczny urlop na pisanie książki. Za każdym razem przez pierwsze tygodnie byłam trochę zdezorientowana i dopiero z czasem znajdowałam swobodniejszy, mniej mechaniczny rytm pracy. Zawsze jednak to się udawało i ostatecznie pracowałam superwydajnie. Miałam nieskończoną ilość wolnego czasu do dyspozycji, a jednak ograniczałam do minimum rozrywki i życie towarzyskie, uważałam bowiem za słuszne, wręcz konieczne, spędzać cały czas na pisaniu. Byłam jak buldożer.
Realizowałam w ten sposób schemat wysiłek–nagroda, który moja mentalność pracowitej mróweczki rozpoznawała jako znany i bezpieczny. Uważałam, że po sumiennej, wytężonej pracy mam prawo do tych urlopów naukowych. Wcześnie się nauczyłam, że nie wolno pozwalać sobie na nic, dopóki się na to rzetelnie nie zasłuży. Przywołuje mi to na myśl plakat Vincenta Perrotteta, który Alice Barzilay, moja nieżyjąca już koleżanka i długoletnia dyrektorka artystyczna w Le Monde diplomatique, powiesiła sobie na ścianie nad biurkiem. Napis czarnymi literami na czerwonym tle głosił: „Najpierw praca, później zabawa!”. Ale niektóre litery były zabarwione na biało, w ten sposób, że plakat zawierał również inny, ukryty komunikat: „Najpierw zabawa”.
Jak odzyskać prawo do życia
Porzucenie pracy etatowej po to, by poświęcić się tylko pisaniu książek, zaburzyło ów stan doskonałej równowagi. Wypadł jeden z elementów układanki, czyli „wysiłek”, i została tylko „nagroda”, a ja czuję się jak wybrakowana maszyna. Mój mózg okazuje się absolutnie nieprzystosowany do zmierzenia się z tą sytuacją. Wpadam w totalną panikę. Muszę znowu, jak zwykle w takich razach, przestawić się na specyficzny rytm pracy umożliwiający pisanie książki, ale w przeciwieństwie do poprzednich sytuacji muszę też harmonijnie zintegrować pisanie z moją codziennością. Tym razem nie chodzi o to, by zawziąć się przez kilka miesięcy, odkładając wszystko inne na bok. Tym razem muszę wyznaczyć sobie czas na pisanie, wystarczająco długi, żeby móc się na tym skoncentrować, a jednocześnie nie mogę całkiem odmawiać sobie czasu na odpoczynek, na wyjścia z ludźmi, na rozrywki – nie mogę odmawiać sobie po prostu prawa do życia…
Z początku, powiedzmy sobie szczerze, jest to kompletna katastrofa. Do szaleństwa doprowadza mnie myśl, że dzień mija, a ja nic nie wyprodukowałam. Widzę w tym znak nieuchronnego upadku, zejścia z obranej drogi, ostateczny dowód, że już nigdy mi się nie uda napisać książki. Desperacko próbuję zmieścić pisanie w czasowych ramach pracy biurowej. Mam to szczęście, że kocham swoją pracę, więc zaczynam w związku z tym, jakby za karę, odmawiać sobie rozrywek. Żyję w nieustannym pośpiechu. Niecierpliwi mnie, że podstawowe konieczności życiowe pochłaniają tak dużo czasu. Przygotowanie posiłku i pozmywanie naczyń trwa skandalicznie długo. Sprzątając, nerwowo obijam się odkurzaczem o meble, wciąż obsesyjnie zajęta myślą o czekającej mnie pracy umysłowej. Irytuje mnie najmniejszy opór ze strony zwyczajnych przedmiotów, na przykład kiedy słoik z miodem nie chce się otworzyć. Wciąż mi się wydaje, że życie nie płynie dość wartko, że świat nie jest dość sprawnie zorganizowany, nie mówiąc już o mnie… Robię sobie wyrzuty, że mitrężę czas, że wszystko idzie zbyt powoli, że jestem zbyt rozlazła, roztargniona, nie dość skuteczna. Najwyraźniej mam do siebie żal o to, że nie jestem maszyną.
Kiedy spojrzę na siebie z dystansu, wydaję się sobie straszna. Nie jestem w stanie pozwolić życiu, by zwyczajnie płynęło swoim torem, nie umiem bez skrupułów cieszyć się miłymi chwilami spędzonymi z przyjaciółmi i bliskimi. Niezaplanowana rozmowa telefoniczna z przyjaciółką budzi we mnie wyrzuty sumienia i lekką irytację – wydarza się zawsze nie w porę, jest przeszkodą na drodze ku coraz doskonalszej wydajności. Jak gdyby tylko wyprodukowanie określonej liczby znaków i akapitów było czymś ważnym i wartościowym. No tak, ale… Czy pielęgnując przyjaźń, nie spędzam czasu w sposób równie ważny i wartościowy?
Uważam też, przynajmniej teoretycznie, że ważne miejsce w życiu powinna zajmować miłość. Mimo to, kiedy późną nocą zamykam oczy po intensywnej wymianie wiadomości z mężczyzną, którego kocham, od razu zaczynam się denerwować, że się nie wyśpię i następnego dnia nie będę w świetnej formie. A przecież ta bezsenna noc nie ma żadnego znaczenia. Bądź co bądź jestem pisarką. Ot, wstanę trochę później, napiszę tego dnia trochę mniej – i tyle. Świat jakoś się z tym upora. Nie będę przeprowadzała operacji na otwartym sercu, nie muszę dostarczyć na miejsce czterystu pasażerów i pasażerek lotu Paryż – Hongkong, nie muszę wysprzątać dwudziestu hotelowych pokoi. Mogłabym równie dobrze jeszcze nie iść spać, tylko do rana pisać wzniosłe poematy przy świetle księżyca. Jedynym problemem, jedynym powodem tego niepokoju jest przekonanie, że moim obowiązkiem jest być maksymalnie produktywną – a nie po prostu żyć[i].
Cnota wyrzeczeń
Nauczono nas tylko „cnoty poświęcania się i wyrzeczeń, w której siła życia słabnie wraz z tym, jak wzrasta wydajność pracy” – pisze Raoul Vaneigem[ii]. Przyzwyczaiłam się, by zwlekać z tym, co można by nazwać „życiem naprawdę”. Odsuwałam to wręcz w jakąś chimeryczną, fantazmatyczną przyszłość. Jakbym to odkładała na… po śmierci?
Nie ma się co dziwić. Czas, w ten sposób traktowany, zaczyna się mścić. Nigdy nie miałam tyle wolności, a jednocześnie mam wrażenie, że dni się kurczą i że nigdy nie były tak krótkie. Jakby zaciskał się wokół mnie mur czasu i groził mi zmiażdżeniem. Wciąż od nowa przeliczam godziny, próbując zrozumieć, skąd się bierze to poczucie, że wciąż ich brakuje. (Zapewne muszę się zmierzyć również z tym oczywistym faktem, że nawet gdy mam do dyspozycji oceany czasu, doba nigdy nie będzie miała więcej niż dwadzieścia cztery godziny). Jestem coraz bardziej sfrustrowana.
Pisanie też się mści. Od razu ruszam w złym kierunku. Pracuję przez wiele miesięcy nad rozdziałem, który potem nadaje się tylko do wyrzucenia. Przychodzą mi na myśl słowa Stephena Kinga, które jedna z moich przyjaciółek przepisała wielkimi literami i powiesiła sobie nad biurkiem: „U podstaw złego pisania leży strach”[iii].
Książki nie da się oszukać. Będzie mi zawsze przypominać, że „nie można rozkazać oliwkom, żeby szybciej dojrzewały” – jak mówi śródziemnomorskie przysłowie[iv]. Że trzeba wsłuchać się w muzykę, zamiast próbować ją wyprzedzić. Że trzeba oddychać głębiej, a nie szybciej. Uświadamia mi, że silne napięcie woli donikąd mnie nie zaprowadzi. Że chodzi raczej o to, by umieć się otworzyć, by wejść w sam środek pisanego tekstu i patrzeć, jak on rozrasta się wokół mnie. Jeśli zdołam uchwycić swoje wyjściowe intuicje, zorganizować je z jak największą precyzją, nasłuchując, szukając właściwych słów, montując w odpowiednich miejscach logiczne powiązania – jakbym konstruowała akwedukt – idee nagle zaczną płynąć, organizować się, zapładniać i rozmnażać między sobą. Autorka raczej na to patrzy, niż w tym uczestniczy.
Podczas kiedy ja wędruję od jednego objawienia do następnego, Elizabeth Gilbert w jednym z „listów miłości”, którymi co tydzień dzieli się ze swoją społecznością, postanowiła po prostu zapytać miłość, jakich udzieliłaby jej rad jako pisarce. Oto odpowiedź:
Moja ruchliwa, zaaferowana mróweczko, uspokój się na chwilę.
Po pierwsze, twoja twórczość tylko w niewielkim stopniu ma z tobą cokolwiek wspólnego, nie musisz się więc tak spinać. (…) Traktuj ją swobodniej, kochana. Niech energia, którą w nią wkładasz, będzie jak najmniejsza. Nie trzymaj się jej tak kurczowo. Raczej tylko muskaj ją po powierzchni, jakbyś była ważką. Twoje zaangażowanie jest znacznie mniej kluczowe, niż ci się wydaje. Nie bierz tak na serio swojej pracy i nie śpiesz się tak bardzo[v].
Tu akurat mowa o pisaniu, ale przecież w żadnej pracy nie da się stale utrzymywać najwyższej możliwej wydajności. Również kiedy redagowałam teksty innych osób, pracowałam raz z wyższym, a raz z niższym natężeniem uwagi. Po prostu nie da się inaczej. Devon Price przypomina, że ośmiogodzinny dzień pracy jest czymś zupełnie arbitralnym – to doraźny i przypadkowy rezultat walki z kapitalistami prowadzonej przez pracownice i pracowników. Mózg ludzki wcale nie jest zaprojektowany do utrzymywania stałej wydajności przez tak długi czas.
Potrzebujemy kradzieży czasu
Przeglądanie internetu w godzinach pracy, co przedsiębiorstwa postrzegają jako plagę, „kradzież czasu” (czasem próbują one temu zapobiegać, nadzorując albo blokując dostęp do niektórych stron), tak naprawdę wynika z podstawowej ludzkiej potrzeby, tak samo jak rozprostowanie nóg, wyjście na lunch czy pogawędka z kolegami i koleżankami przy automacie do kawy. Takie przerwy służą regeneracji, odświeżeniu umysłu, są niezbędne dla zdrowia psychicznego i uzupełnienia strat energetycznych. „«Marnowanie czasu» jest potrzebne, zdrowe i normalne” – podkreśla Price[vi].
Człowiek nie jest maszyną, nawet jeśli kapitalizm uporczywie próbuje go do tego sprowadzić. „Jaką częścią maszyny nieświadomie się stajemy w fabryce?” – pyta Joseph Ponthus, opisując swoje doświadczenia pracownika tymczasowego[vii]. Ani nasz umysł, ani nasze ciało nie są stworzone do funkcjonowania w taki sposób. Tak naprawdę nie są one stworzone do funkcjonowania w ogóle. Wiadomo, jak straszliwe spustoszenie w ludzkim organizmie sieje praca polegająca na mechanicznym powtarzaniu tych samych gestów, na przykład przy kasie albo przy taśmie produkcyjnej – skutkami mogą być schorzenia mięśniowo-szkieletowe, kontuzje, poważne wypadki…
Biolog Olivier Hamant zauważa: „Żywa istota nie jest produktywna: nie jest ani skuteczna (jej istnienie nie ma celu), ani wydajna (marnuje ogromne ilości energii i zasobów)”. Jeśli czasami ulegamy złudzeniu, że jest odwrotnie, to dlatego, że w XIX wieku „myślenie w kategoriach optymalizacji w przemyśle zostało przeniesione na istoty żywe”. Skutkiem tego jest również chybiona interpretacja teorii Darwina. Najczęściej rozumie się ją tak, że w procesie ewolucji przetrwają tylko najsilniejsi – a tak naprawdę ewolucja selekcjonuje organizmy, które „mają cechy wystarczające”. Tak, po prostu „wystarczające”. „Można więc powiedzieć, że ocena dostateczna, taka trójka z plusem, wystarczy, żeby przetrwać miliony lat” – pisze Hamant. I dodaje: „Myślenie o żywych organizmach tak, jakby były zoptymalizowanymi systemami, dużo mówi o naszej obsesji wydajności, lecz niewiele o żywych organizmach”[viii].
Kiedy szukałam w internecie plakatu Vincenta Perrotteta, trafiłam przy okazji na szerszy kontekst użytego na nim cytatu z Raoula Vaneigema. Cały fragment brzmi tak: „Najpierw praca, później zabawa! Oto leitmotiv podobny do dziecięcej wyliczanki, który wybrzmiewa w głowie i wprawia ciało w rytm wojskowego marszu. Przy dźwiękach tego niewinnego, ale natarczywego refrenu następuje wycofanie rodzącej się właśnie inteligencji. Na jej miejsce pojawia się inna – inteligencja lodowatego dyktatu pracy, inteligencja, w której serce liczy się najmniej i najszybciej obumiera”[ix]. Rzeczywiście, ten króliczek Duracella, który mnie opętał, narzuca mi marszowy, wojskowy rytm, rytm automatu, i nigdy nie pozwala mi zatrzymać się dłużej niż na chwilę. Jest to rytm, który wyjaławia życie i sprawia, że gaśnie muzyka.
Françoise Héritier, francuska antropolożka, w sierpniu 2011 roku dostała od przyjaciela kartkę pocztową z wyspy Skye i na odwrocie przeczytała: „«Skradziony» tydzień wakacji w Szkocji”. Rzeczywiście, ów przyjaciel – profesor medycyny w paryskim szpitalu, bardzo oddany swoim pacjentkom i pacjentom – pracował bez wytchnienia. Od zawsze znała go jako osobę „na skraju fizycznego i psychicznego wyczerpania”. Zaalarmowana tą pocztówką i użytym na niej sformułowaniem zaczęła przygotowywać w odpowiedzi listę rzeczy, które uznawała za „sól życia”. Żeby mu pokazać, co traci.
Wymieniała na tej liście rozmaite przyjemności oraz wszystko, dzięki czemu czuła, że żyje. Ostatecznie jej odpowiedź przekształciła się w małą książkę, która okazała się wielkim sukcesem. „«Ja» to nie tylko ktoś, kto myśli i działa. To również ktoś, kto czuje i doświadcza, zgodnie z rytmem wciąż odnawiającej się energii wewnętrznej” – napisała Héritier na koniec[x]. Czytając jej książeczkę, zrozumiałam, że również w moim życiu jest otwarcie na tę zmysłowość i spontaniczność. Umiem się nimi rozkoszować. A jednocześnie mam wiele wątpliwości i wciąż się waham. Nie osiągnęłam jeszcze pełnego przekonania, że pielęgnowanie ich, zrobienie dla nich miejsca jest rzeczą słuszną i konieczną.
Chomiczka schodzi ze swojego koła
We Francji, podobnie jak wszędzie indziej, miliony ludzi nie mają innego wyjścia, niż zadręczać się pracą – albo brakiem pracy. Żyją w ciągłej trosce o jutro, nieustannie walczą o utrzymanie się na powierzchni, o to, by nie stracić dachu nad głową, zdobyć pieniądze na zapłacenie rachunków i na wyżywienie siebie oraz rodziny. Inni z kolei, nawet jeżeli mają zapewnione stabilniejsze i dające względny komfort wynagrodzenie, doświadczają totalnej inwazji pracy we wszystkie dziedziny swojego życia, najczęściej uosobionej przez autorytarnego szefa. Pod tym względem praca zdalna, choć bywa wygodnym rozwiązaniem, kiedy jest częścią relatywnie zdrowego środowiska pracy, może się okazać pułapką bez wyjścia, w której cała nasza tożsamość sprowadza się do bycia pracownikiem czy pracownicą. Również uberyzacja – używanie do pracy własnego samochodu albo wynajmowanie na Airbnb swojego mieszkania i związana z tym konieczność systematycznego zarządzania wiadomościami czy sprzątaniem – sprawia, że imperium pracy rozszerza się na kolejne sfery życia wielu ludzi i staje się przyczyną coraz większego wyczerpania.
Wszystkie te dramaty zostały mi oszczędzone. Nikt mnie nie tyranizuje. Nikt mi nie wyznacza żadnych zadań. Tym bardziej więc niepokojący wydaje się fakt, że mój umysł, mimo braku zewnętrznego przymusu, sam produkuje tego rodzaju niepokój i presję. Despotyczny szef siedzi w mojej głowie. I nie chce wyjść.
Od lat marzyłam o tego rodzaju wolności, wyobrażałam sobie, jak elektryzujące musi to być doświadczenie, a teraz czuję się zagubiona, jakby czegoś pozbawiona. Czytam wciąż na nowo namiętną obronę czasu wolnego, którą zamieściłam w Chez soi[xi] – podziwiam tę żarliwość, a zarazem ogarnia mnie żal. Jak to możliwe, że tak źle przeżywam coś, o czym tak pięknie marzyłam? Sięgałam po złoto, a w moich dłoniach zostaje garść popiołu. Jestem rozczarowana sobą. Czuję, jakby mnie wygnano ze znanej mi i bezpiecznej krainy i wrzucono w jakiś chaotyczny świat, do którego nie jestem przygotowana. Mam żal do wszystkich autorów i autorek, których „pochwały lenistwa” czytałam przez lata, a żadne mnie nie uprzedziło, że przeszkody stojące na drodze do tego raju napotkam w samej sobie.
Jest to dla mnie szok, ale nie mam innego wyjścia, niż podjąć wyzwanie. Moja przyjaciółka, widząc mnie w tym stanie, złapała mnie za ramiona, spojrzała mi w oczy i rzekła: „Fajnie było pisać o czarownicach. Teraz sama musisz nią zostać”. Albo też – mówiąc mniej poetycko – nadszedł czas, by Chomiczka zeszła ze swojego koła i znów, a może nawet po raz pierwszy, poczuła, że wszystkimi łapkami dotyka ziemi.
Zaczynam od stłumienia pierwszego odruchu, który każe mi się zadręczać, piętnować i zawstydzać. Najprawdopodobniej przecież moja reakcja na tę sytuację nie wynika z jakichś moich indywidualnych ułomności (a nawet gdyby – tym bardziej nie powinnam się za to dodatkowo piętnować). Jest raczej odzwierciedleniem powszechnie przyjętej wizji świata, którą i ja nieświadomie wchłonęłam. Jedyne, co mi pozostaje, to próbować tę wizję poddać analizie, zrozumieć ją i zdekonstruować.
Być bardziej bezinteresownie
Chociaż nie, jednak nie „jedyne”. Nie może być tak, że jedyną odpowiedzią jest pisanie. Nadal wierzę, że jest to nić Ariadny, która może mnie przeprowadzić przez labirynt, ale mimo wszystko pisanie książki wciąż jest wytwarzaniem czegoś. Tymczasem ja muszę zacząć doceniać te wymiary mojego istnienia, które mają charakter bardziej bezinteresowny. Muszę nauczyć się zostawiać dla nich miejsce, pozwalać im rozkwitać. A jeśli rzeczywiście chcę poświęcić jakąś astronomiczną ilość czasu na czytanie i pisanie, muszę przynajmniej mieć pewność, że robię to z upodobania – nie przez jakąś determinację, nie z poczucia obowiązku. Być może sformułowane tu uwagi są bardziej osobiste, być może mają charakter mniej uniwersalny niż pozostałe części tekstu, który właśnie czytacie (mówiąc prościej: może to was nic nie obchodzi). A jednak nie mogę o nich nie wspomnieć, jeśli nie chcę przedstawić zniekształconego obrazu problemu, pomijając istotny składnik, jak lekarz wypisujący niepełną receptę. Nie wolno mi powtarzać błędu, jakim jest realizowanie marzenia o lenistwie tylko na stronach moich książek.
Zmiana powinna zapewne dotyczyć również mojego codziennego otoczenia. Studio, w którym mieszkam, jest bardzo przyjemne, ale nie daje mi wielkiego wyboru sposobu życia. Składa się ono z jednego pomieszczenia, co mocno ogranicza moje możliwości i z konieczności nadaje wnętrzu bardzo funkcjonalny wygląd. Kręcę się w kółko w ciasnej przestrzeni – jak chomik w swoim kołowrotku. Mam fotel, ale chyba nie bez powodu ostatnio ciągle marzę o kanapie (a zrealizowanie tego marzenia wiązałoby się z koniecznością przeprowadzki). Który mebel lepiej niż kanapa ucieleśnia ideę lenistwa Marzę o niej jak o szalupie ratunkowej. Zatytułowałam swój blog Sofa, a nie mam nawet prawdziwej sofy. Mam pięćdziesiąt lat i nie mam kanapy!
„Co ty wciąż robisz w Paryżu? Mieszkanie w Paryżu nie ma sensu!” – mówi mój przyjaciel Fil. Miejsce, w którym on mieszka ze swoją rodziną, jest odwrotnością mojego mieszkania. Jest samo w sobie całym światem, jakimś pierwotnym siedliskiem. A ja rzeczywiście – niezależnie od tego, czy wyjadę z Paryża, czy nie – czuję potrzebę przeniesienia się do jakiejś rozleglejszej przestrzeni, bardziej stymulującej, która sprzyjałaby bardziej intensywnemu życiu, w której mogłabym odkrywać nowe aspekty siebie. Dwa lata temu wydawało się, że znalazłam taką przestrzeń na wyspie, z którą byłam związana, lecz gwałtowne zerwanie długiej przyjaźni położyło kres temu marzeniu. Znowu znalazłam się w punkcie wyjścia. Zdezorientowana, lecząc ranę w sercu, czekam na moment, w którym życie jeszcze raz da mi znak.
Dać sobie żyć
Tymczasem staram się okazywać sobie więcej łagodności i szczodrości. Staram się dać sobie żyć. Bawię się kartami Rest Deck – swego rodzaju „tarotem wypoczynku” wymyślonym przez Tricię Hersey[xii]. I piszę. Próbuję ze spokojem przyjmować nieuniknione spowolnienia, zawirowania, po prostu rytm życia. Próbuję wytłumaczyć sobie, że to nie są przeszkody w pracy. Wręcz przeciwnie.
Próbuję zachować pasję, która mi zawsze towarzyszy przy pisaniu, a zarazem nie eksploatować się nadmiernie, nie znęcać się nad samą sobą. „Pokładam wiarę w moim Stwórcy i w moich Przodkach, że zawsze znajdzie się przestrzeń, w której moje talenty będą mogły rozkwitać, bez zmuszania mnie do pracy ponad siły” – mówi Tricia Hersey[xiii]. Na pewno nie zdołamy rozmontować kultury przepracowania, jeśli w głębi duszy pozostajemy wciąż przekonane, że jedyną drogą do realizowania projektów, na których nam zależy, jest praca ponad siły. Albo że tylko to czyni nas wyjątkowymi. Nic nie da również obłudne uskarżanie się, że jesteśmy przesiąknięte tą kulturą, jeśli tak naprawdę widzimy w tym tytuł do chwały. Jak w tej znanej anegdocie o kandydacie ubiegającym się o stanowisko, który zapytany podczas rozmowy kwalifikacyjnej o swoją największą wadę odpowiada: „perfekcjonizm”.
tłum. Magdalena Kowalska
Fragment książki Mony Chollet, Nie dać się poczuciu winy, która ukazała się w przekładzie Magdaleny Kowalskiej nakładem wydawnictwa Karakter.
Mona Chollet – Eseistka i pisarka szwajcarsko-francuska W Polsce ukazały się jej książki Tyrania rzeczywistości (2013), Czarownice. Niepowstrzymana siła kobiet (2019), Wymyślić miłość na nowo (2022).
[i] Specyficzny stosunek do uczuć, który jest im wpajany w młodości, sprawia, że wielu mężczyzn rzeczywiście traktuje pracę jako możliwość ucieczki od własnych emocji. Por. Carol Gilligan, Naomi Snider, Why Does Patriarchy Persist?, John Wiley and Sons, New Jersey 2018.
[ii] Raoul Vaneigem, Adresse aux vivants sur la mort qui les gouverne et l’opportunité de s’en défaire, Seghers, Paris 1990.
[iii] Stephen King, Jak pisać. Pamiętnik rzemieślnika, przeł. Paulina Braiter–Ziemkiewicz, Tomasz Wilusz, Prószyński i S-ka, Warszawa 2021, s. 102.
[iv] Thierry Fabre, Éloge de la pensée de midi, Actes Sud, Arles 2007.
[v] Letters from Love – with special guest Ðoan Hoàng Curtis!, „Letters from Love with Elizabeth Gilbert”, 3 grudnia 2023, https://elizabethgilbert.substack.com/p/letters-from-love-with-special-guest-35e, dostęp: 17.01.2026.
[vi] Devon Price, Laziness Does Not Exist, dz. cyt.
[vii] Joseph Ponthus, À la ligne. Feuillets d’usine, La Table ronde, Paris 2019.
[viii] Olivier Hamant, Antidote au culte de la performance. La robustesse du vivant, Gallimard, Paris 2023. Ser. „Tracts”, n° 50.
[ix] Raoul Vaneigem, Adresse aux vivants…, dz. cyt.
[x] Françoise Héritier, Le Sel de la vie. Lettre à un ami, Odile Jacob, Paris 2012.
[xi] Mona Chollet, À la recherche des heures célestes, w: tejże, Chez soi. Une odyssée de l’espace domestique [2015], La Découverte, Paris 2016. Ser. „Poche/Essais”.
[xii] Tricia Hersey, The Nap Ministry’s Rest Deck. 50 Practices to Resist Grind Culture, ill. Paula Champagne, Chronicle Books, San Francisco 2023.
[xiii] Taż, Rest Is Resistance, dz. cyt.
