Nr 3 (199), Wybrane artykuły, Przemysław Wielgosz
Istnieje coś takiego jak retoryka monachijska. Ma ona całkiem długą historię wynikającą z dużej mocy perswazyjnej, która zwykle rozbraja próby zrozumienia jej rzeczywistej funkcji. Kto chciałby zostać okrzyknięty naiwniakiem, ślepcem lub pożytecznym idiotą nowego Hitlera Taki szantaż ma sens, bo przecież w rzeczywistości tym, którzy przywołują „Monachium” właściwie nigdy nie chodziło o stawienie czoła realnemu zagrożeniu, ale o przewrotną legitymizację działań, które takie zagrożenie stanowią.
Jest takie powiedzenie, „państwo nazywa się ojczyzną kiedy sposobi się do mordu”. Dostosowując jego przesłanie do skali globalnej można by powiedzieć: „mocarstwa straszą Monachium kiedy sposobią się do agresji”. W ciągu minionego ćwierćwiecza zdarzało się to wielokrotnie. Retoryka Monachium, nawiązująca do niesławnej konferencji w 1938 r. kiedy Wielka Brytania i Francja sprzedały Czechosłowację Hitlerowi, pojawiała się zachodnich mediach i retoryce klasy politycznej z zadziwiającą regularnością. Zawsze wtedy, kiedy trzeba było rozbroić krytykę militaryzmu i usprawiedliwić własną agresję. W roli Hitlera, który za chwilę puści z dymem Nowy Jork i Paryż, a potem ruszy na podbój reszty świata obsadzano tak różnych przywódców jak Slobodana Miloszevicia, Saddama Husajna, Ajatollaha Chameneiego. Ani jeden z nich z pewnością nie zasługiwał na miano demokraty. Więcej, każdy z nich miał krew na rękach. Ale żaden nie planował podoju świata. NATO-wskie bombardowania Jugosławii, amerykańska inwazja na Irak, dwie izraelsko-amerykańskie agresje na Iran skompromitowały retoryczny „argument z Monachium”, co zapewne nie przeszkodzi usłużnym publicystom głównego nurtu w odkrywaniu kolejnych Hitlerów. Listę napisze im prezydent Trump (albo jego następca), a wielce prawdopodobne, że znajdą się na niej lewicowi prezydenci Meksyku i Kuby, albo przewodniczący Komunistycznej Partii Chin.
A jednak Orwellowski okrzyk „nigdy więcej Monachium” może się nam przydać do opisu rzeczywistości. Pod jednym warunkiem. Mianowicie, że dokonamy zmiany perspektywy… i zastosujemy go do tych, którzy sięgali po „argument z Monachium” w przeszłości. Zastanówmy się zatem czy przypadkiem nie mamy dziś do czynienia z powtórką Monachium z punktu widzenia „reszty świata” – tej ciągle nieistotnej w perspektywie uporczywie podtrzymywanej przez zachodni establishment, ale stanowiącej przecież jakieś 80% populacji naszej planety. Jak po założeniu monachijskich okularów wygląda obecna dynamika międzynarodowa widziana np. z Brazylii albo Republiki Południowej Afryki? Od kilkunastu miesięcy trwa eskalacja imperialistycznej agresji największego supermocarstwa i jego wiernego druha z Zachodniej Azji. Istnieje cała góra dowodów pozwalających przypisać sprawstwo ludobójstwa w Strefie Gazy tandemowi Izrael – Stany Zjednoczone. Już samo to powinno być dobrym powodem do dzwonka alarmowego dla każdego kraju położonego na globalnym Południu, który nie boi się rewindykować własnych interesów i aspiracji. Powodem do niepokoju są także kolejne bombardowania Jemenu, Syrii, Nigerii, Iraku, Libanu, Kataru. A wreszcie rajd na Wenezuelę i wspomniane wojny z Iranem. Wszystko to wydarzyło się w ciągu mniej niż dwóch lat, co sprawia, że przywódcy stojący za tymi wydarzeniami raczej solidnie udowodnili, że zasługują na miano podpalaczy świata. Ważniejsze od etykietek jest jednak to, w którym właściwie miejscu jesteśmy – biorąc za punkt odniesienia historyczne Monachium? Przed, w trakcie konferencji, a może już dawno po aneksji Czechosłowacji i podboju Polski? Wszystko wskazuje na to ostatnie. Czy w takim momencie Brazylia, lub jakikolwiek inny kraj Południa, ma prawo zastanawiać się kto będzie następny? Może kolejnym kandydatem do bombardowania jest Rio de Janeiro? Czy zatem nie jest to dobry moment, żeby uznać konieczność powstrzymania agresora
To oczywiście retoryczna zabawa. Dość ponura, ale niestety tylko zabawa, bo przecież jedyny sojusz, który mógłby dość skutecznie powstrzymać podpalaczy świata z Waszyngtonu i Tel Awiwu okazał się narzędziem nieokiełznanego partykularyzmu silniejszego z nich. Nie wspominając już o braku gotowości do zdania sobie sprawy z zagrożenia wśród jego szeregowych członków.
Cała nadzieja w tym, że czasy łatwego imperializmu mamy już za sobą. Od amerykańskiej klęski w Iraku i rejterady z Afganistanu, przez kompromitację Rosji w Ukrainie, aż po obecną porażkę Izraela i Stanów w Iranie obserwujemy zmianę o historycznym znaczeniu. Stawiający opór agresji wielkich mocarstw nie są już skazani na zagładę. Więcej nawet – nie przegrywają, niezależnie od tego czy korzystają ze wsparcia mocarstw wrogich tym, z którymi walczą, czy też są osamotnieni. Nie przegrywają pomimo wielkiej ceny jaką za to płacą, straszliwych zniszczeń i ogromu cierpienia. Fakt ów tłumaczy być może chaotyczną politykę jednej wojny po drugiej uprawianą przez Waszyngton i Tel Awiw. Wbrew pierwszej nasuwającej się interpretacji nie świadczy ona raczej o zatraceniu Trumpa i Netanjachu w imperialnej hybris, szaleństwie napędzanym siłą i bezkarnością. Mamy tu do czynienia z czymś znacznie donioślejszym: z utratą pozycji hegemona. Miotanie się od wojny do wojny, bez strategii i wyraźnych sukcesów, to symptom nieuchronnego schyłku, którego nie chcą dostrzegać jedynie decydenci z Waszyngtonu i ich peryferyjni giermkowie z Warszawy. Skądinąd dokładnie to samo można powiedzieć o rosyjskiej wojnie w Ukrainie. Przy zachowaniu wszelkich różnic i proporcji Moskwa zdecydowała się na nią w imię powstrzymania erozji swojej mocarstwowej pozycji. Upadek hegemonii czy imperium to raczej dobry powód do satysfakcji. Byłby nim gdyby nie to, że nie pogodzone z własnymi słabościami mocarstwo – niezależnie czy nazywa się Stany Zjednoczone czy Federacja Rosyjska – może zniszczyć cały świat.
