Jeremi Galdamez, Nr 2 (198), W najnowszym numerze
W styczniu 2026 przypadła 120. rocznica stracenia na stokach Cytadeli Warszawskiej anarchistów przez carski reżim. Śmierć poniosło łącznie 16 nastoletnich działaczy Warszawskiej Federacyjnej Grupy Anarchistów-Komunistów Internacjonał oskarżonych m.in. o zamach terrorystyczny na kawiarnię w Hotelu Bristol przy Krakowskim Przedmieściu oraz napady ekspropriacyjne.
Mglisty, listopadowy wieczór 26 listopada 1905 r. Kawiarnia ekskluzywnego hotelu Bristol w Warszawie, jak co dzień wypełniona była klientelą reprezentującą warszawską elitę i inteligencję. Gwarne towarzystwo przy kawie i szampanie plotkowało o życiu towarzyskim, dyskutowało o bieżącej polityce, rewolucyjnych wystąpieniach targających od niemal roku całym Imperium Rosyjskim i kolejnym już stanie wojennym wprowadzonym nad Wisłą w reakcji na nową falę strajków i manifestacji. Być może goście kawiarni z zaniepokojeniem rozmawiali również nowym warszawskim środowisku rewolucyjnym anarchistów-komunistów. Ledwie pojawili się na politycznej mapie rewolucyjnej Warszawy, a już zdążyli zasiać strach wśród miejskiej elity ekonomicznej. Niewykluczone, że w zgromadzonym towarzystwie znajdował się niejeden kamienicznik, fabrykant lub bankier, który otrzymał złowrogi list z żądaniem wypłacenia pokaźnej sumy rubli na rzecz „sprawy rewolucyjnej” pod groźbą wysadzenia w powietrze jego mieszkania. Na każdym takim liście widniał stempel nadawcy: „Warszawska Grupa Anarchistów-Komunistów Internacjonał”.
W czasie, gdy goście Café Bristol pochłonięci byli rozmowami na te i inne tematy z jesiennej mgły spowijającej ulicę Karową wyłoniły się dwie, niewyraźne postacie sunące cichym, lecz szybkim i pewnym krokiem wzdłuż przylegających do ulicy ścian kamienic. W chwili, gdy mijały one wielkie witryny rozświetlonej kawiarni dające wgląd do jej eleganckie wnętrza, tajemnicze postacie gwałtownie wyciągnęły zza pazuchy ładunki wybuchowe, ciskając nimi w szyby.
„Dojrzałem oślepiający błysk, a następnie straszny huk. Wiele osób padło na ziemię, moi towarzysze również, mnie zaś jakaś straszna siła rzuciła i przycisnęła do ściany. Trwało to mgnienie […]. Tłum publiczności rzucił się do ucieczki. Wiele kobiet mdlało […]. Nagle rozległ się trzask i huk drugi, który nas znowu rzucił o ziemię, huk jeszcze bliższy. Spośród stłoczonej publiczności wydarł się krzyk przerażenia. Biegli wszyscy, kto żyw, ku wyjściu i ja również”, relacjonował następnego dnia na łamach Kuriera Warszawskiego pisarz i poeta Kazimierz Laskowski. „Wiele osób wybiegło z kawiarni z osmolonymi od dymu twarzami, a w całym lokalu rozszedł się duszący dym siarki” – donosiła prasa. Wieść o nietypowym zamachu bombowym rozniosła się po mieście z prędkością światła i wokół kawiarni zaczął gromadzić się ciekawski tłum.
Choć całe zdarzenie mroziło krew w żyłach, poza jedną poważniej ranną osobą, wszyscy goście kawiarni wyszli z niego bez szwanku. Swoje życie i zdrowie zawdzięczali słabej sile rażenia ładunków wybuchowych, mimo że ich konstruktorzy napełnili je gwoździami, by zadać jak największej szkody. „Pierwsza z bomb wybuchła na podłodze kawiarni, wypalając czarną plamę, druga rozprysła się już na ramie okna”, donosili dziennikarze.
Café Bristol otworzyło swoje podwoje dla klientów ledwie kilka dni po zdarzeniu, jednak zarówno tożsamość zamachowców, jak i cel ataku wciąż pozostawały nieznane. „Kto rzucił bomby – tego wytłumaczyć nie potrafią ani policjant stojący na rogu ul. Karowej i Krakowskiego Przedmieścia, ani policja i żandarmi, stojący przed sąsiadującym z Bristolem teatrzykiem Elizeum. Nikogo uciekającego ani podejrzanego nie zauważono”, czytali warszawiacy w gazetach, próbując dociec prawdy stojącej za tak niezrozumiałym w swym założeniu zamachem. „Jestem sumiennie przekonany, że zamach na spokojną publiczność, […] nie był dziełem żadnej organizacji – uczynić to mógł tylko szaleniec, lub nasłani złoczyńcy”, konkludował Laskowski. Gdzie indziej pisano: „Nie ulega wątpliwości, że zamach ten jest dziełem obcej ręki i że społeczeństwo polskie w Warszawie z tym dzikim i zbrodniczym zamachem nie ma nic wspólnego”. Podejrzewano również prowokację ze strony carskiej władzy szukającej pretekstu do przedłużenia trwającego od kilku tygodni stanu wojennego. Jedna z socjalistycznych partii widziała w ataku „niesłychanie zuchwałą” policyjną prowokację, ewentualnie samorzutny objaw szaleństwa politycznego.
Wkrótce jednak autorzy aktu terrorystycznego sami się ujawnili. „Bracia pracownicy! Nadszedł czas, kiedy my, robotnicy, zaczęliśmy mścić się na naszych tyranach, krwiopijcach, wyzyskiwaczach i burżuazji […]. Naszym celem jest śmierć burżuazji i tyranów – tylko w tej śmierci widzimy nasze wyzwolenie. Jedynie, gdy zniszczymy własność prywatną oraz jej obrońców – kapitalistów i rząd – położymy kres temu przeklętemu skorumpowanemu społeczeństwu. Dopiero wtedy ustanie rozlew krwi i morderstwa, w których miejscu wzniesiemy gmach Wolnej Komuny”, brzmiała odezwa, w której odpowiedzialność za zamach na gości Café Bristol wzięli na siebie anarchiści-komuniści z „Internacjonału”.
Dowodzili oni, że nie ma „niewinnych burżujów”, ponieważ cała klasa burżuazyjna czepie korzyści z pracy rąk wyzyskiwanych robotników, bez wyjątku czy jej przedstawiciel jest bezwzględnym fabrykantem przemocą tłumiącym strajki pracownicze, czy może jego działalność nie ma nic wspólnego z bezpośrednim wyzyskiem robotników. Koniec końców, wszyscy oni utrzymują się z dominacji własnej klasy społecznej nad drugą, robotniczą – uzasadniali anarchiści-komuniści. Zamach na kawiarnię uczęszczaną przez burżuazję miał być więc krwawą, klasową zemstą za krzywdy i cierpienia proletariatu.
„Zdawało im się, że kogo stać na filiżankę kawy w eleganckim lokalu, ten już jest takim okrutnym wyzyskiwaczem, że na karę śmierci zasłużył”, krytycznie komentowała oparte na odpowiedzialności zbiorowej poczynania anarchistów Polska Partia Socjalistyczna.
Zarówno cel, jak i motyw zamachu nie były jednak czymś wyjątkowym w ówczesnej zachodniej Europie, która podobne anarchistyczne ataki na przybytki stanowiące symbole burżuazji i ich bywalców przeżywała nieco ponad dekadę wcześniej. Najsłynniejsze z nich: zamach bombowy w Gran Teatre del Liceu w Barcelonie (20 ofiar śmiertelnych) w 1893 r. dokonany przez anarchistę Santiago Salvadora oraz atak na Café Terminus w Paryżu (dwie ofiary śmiertelne) w 1894 r., którego sprawcą był Émile Henry. Anarchiści znad Wisły jedynie z lekkim poślizgiem dołączył do tej fali antyburżuazyjnego terroru.
Z Odessy do Warszawy
Pierwsze próby zasiania w głowach warszawiaków myśli anarchistycznej – idei dążącej do zniesienia wszelkich hierarchicznych struktur władzy politycznej i ekonomicznej, a pragnącej w ich miejsce ustanowić samorządne i równościowe społeczeństwo – miały miejsce w przededniu wydarzeń, które przeszły do historii jako „Rewolucja 1905” zapoczątkowanej strajkiem generalnym na ziemiach Królestwa Polskiego pod koniec stycznia 1905 r. Początkowo zadania podjęli się rewolucjoniści z Odessy – jednego z głównych ośrodków rodzącego się ruchu anarchistycznego w imperium rosyjskim. Wśród nich znajdowali się sympatycy antyinteligenckich idei głoszonych przez polskiego rewolucjonistę Jana Wacława Machajskiego, przyjaciela Stefana Żeromskiego ze szkolnej ławy. Przybysze znad Morza Czarnego utworzyli warszawski oddział Południowo-Rosyjskiej Grupy Anarchistów-Komunistów „Buntar” (Buntownik), jednak brak zakorzenienia w lokalnym środowisku proletariackim uniemożliwił rozwój organizacji, szybko doprowadzając do jej samorozwiązania. Niebawem jednak znaleźli swoich następców: przybyłych z francuskiej emigracji żydowsko-rosyjskich rewolucjonistów, Abrama Mejerowicza i Mindlę Pfeferberg, którzy powołali do życia Warszawską Międzynarodową Grupę „Anarchia”. Tym razem organizacji udało się skupić wokół siebie grono sympatyków, zainteresowanych anarchistycznym komunizmem, nurtem ideowym rozwijanym w tym czasie przez rosyjskiego filozofa Piotra Kropotkina. Jego zwolennicy dążyli do natychmiastowej rewolucji radykalnie przeobrażającej stosunki społeczne w duchu egalitaryzmu, ustanawiającej wolnościowe komuny głosząc motto: „każdemu według potrzeb”. Za środek do celu dopuszczali terrorystyczne wystąpienia przeciwko „wyzyskiwaczom” i „wrogom wolności”. Równie chętnie co do Kropotkina nadwiślańscy anarchiści odwoływali się do innego libertarnego myśliciela, Michała Bakunina, którego motto „radość niszczenia jest zarazem radością tworzenia” było im szczególnie bliskie.
Rozrastająca się „Anarchia”, której aktywność przejawiała się jedynie w działaniach o charakterze propagandowym, pod koniec lata 1905 r. została poddana reorganizacji. Od tej chwili nosiła miano Warszawskiej Federacyjnej Grupy Anarchistów-Komunistów „Internacjonał” i funkcjonowała jako zrzeszenie mniejszych, autonomicznych grup. To właśnie pod tym szyldem otworzy się nowy rozdział w działalności warszawskich anarchistów, naznaczony eksplozjami bomb i wystrzałami z browningów.
Negocjacje z browningiem w dłoni
Przez kilka kolejnych lat działalności, anarchiści podłożą co najmniej kilkanaście bomb pod mieszkania kamieniczników i fabrykantów odmawiających finansowego wsparcia rewolucyjnej organizacji, a także pod drzwi właścicieli zakładów pracy odrzucających strajkowe żądania pracowników. Jeszcze częściej wygrażali oni browningiem, niejednokrotnie z niego wypalając. Ofiarami ich terroru padło łącznie kilkanaście osób. Ich działalność nie sprowadzała się przy tym jedynie do praktyk terrorystycznych – organizowali również strajki rzemieślników, rozwijali sieci samopomocy, tworzyli tajne biblioteki z literaturą rewolucyjną, toczyli dyskusje ideologiczne, wydawali własne pismo.
Aktywność anarchistów-komunistów spotkała się ze zdecydowaną reakcją carskiego reżimu. W latach 1905-1914 aparat represji kilkukrotnie doprowadził do rozbicia działalności Internacjonału, w miejsce którego niemal natychmiast wyrastały kolejne organizacje: Czerwona Chorągiewka, Przełom Terroryści-Rezerwiści, Warszawska Grupa Anarchistów-Komunistów „Wolność”, Czerwona Ręka, Chleb i Wolność – efemeryczne, działające nie dłużej niż kilka miesięcy grupy, których członkowie często trafiali na katorgę i zsyłkę.
Idee anarchizmu-komunizmu przyciągnęły kilkuset zwolenników w całej Warszawie. Byli to w zdecydowanej większości młodzi żydowscy rzemieślnicy, krawcy i szewcy z biednych Nalewek. Przyczyn wyjątkowej podatności akurat tej grupy społecznej na anarchistyczno-komunistyczny program mogło być kilka. Niewątpliwie jednym z nich było widmo antyżydowskich pogromów wybuchających wówczas w cesarstwie – internacjonalistyczna i głęboko egalitarna idea, która rzucała wyzwanie wszelkim podziałom narodowościowym, mogła być dla wielu Żydów wstępujących pod jej sztandar odpowiedzią na kierowaną wobec nich nienawiść na tle etnicznym. „Precz z nacjonalizmem i szowinizmem. Potężny, międzynarodowy proletariat rewolucyjny, składający się z tysięcy wolnych grup, bez różnic języka i płci, słowem wszyscy robotnicy świata powinni organizować się pod anarcho-komunistycznym sztandarem z celem urzeczywistnienia naszego ideału – wolnego komunizmu”, głosili w swoich odezwach warszawscy anarchiści.
Jednocześnie rzemieślnicza i warsztatowa organizacja pracy najbardziej odpowiadała wizji przyszłego społeczeństwa zorganizowanego w miejskich gminach. Krawcom i szewcom, inaczej niż robotnikom wielkoprzemysłowym, łatwiej było sobie wyobrazić przyszły ustrój pozbawiony szefów i wszelkiej władzy nadzorczej. Obserwacja świata, filozoficzne rozważania, snucie projektów emancypacyjnych, prowadzenie teoretycznych dysput, tak charakterystycznych dla środowiska anarchistycznego również były łatwiejsze z pozycji stołka w zakładzie rzemieślniczym niż w przemysłowej fabryce.
Terror krawiecki
Marksistowska analiza anarchizmu wskazuje na jeszcze jeden aspekt związany ze społeczno-ekonomiczną pozycją rzemieślników, który sprawiał, że właśnie wielu z nich odnajdywało się w szeregach anarchistów. „Jedną z obiektywnych przyczyn powstania i rozwoju anarchizmu był m.in. proces proletaryzacji drobnomieszczaństwa, proces niszczenia drobnej wytwórczości, pochłanianie jej przez gospodarkę wielko kapitalistyczną w związku z rozwojem imperializmu”, dowodził Herman Rappaprt, marksistowski badacz polskiego ruchu anarchistycznego. Tezę tę zdaje się potwierdzać nie tylko skład socjalny warszawskich anarchistów-komunistów, lecz również ich działalność, która w sporej mierze skupiała się na walce przeciw degradacji nadwiślańskiej „klasy” rzemieślniczej w obliczu industrializacji procesu produkcji odzieży i obuwia. Im mocniej ona postępowała, tym intensywniej anarchiści rzucali bombami „szewskimi” i „krawieckimi” – jak określali je warszawiacy – w kierunku właścicieli sklepów odzieżowych likwidujący własną – a więc warsztatową – produkcję ubrania na rzecz nabywania tańszego towaru z fabryk, oraz w kierunku właścicieli zamykanych zakładów krawieckich i szewskich. Likwidacja sektora rzemieślniczego w większości przypadków oznaczała dla jego pracowników albo bezrobocie, albo skazanie na pracę chałupniczą – tzn. przenoszenie pracy wykonywanej dotychczas w warsztacie do własnego miejsca zamieszkania (zazwyczaj jednoizbowego mieszkania, w której żyła cała rodzina), wykonywanej ponadto na akord, zamiast za „warsztatową” dniówkę. Oba przypadki oznaczały nędzę. To właśnie ten „proces niszczenia drobnej wytwórczości”, który nasilił się w Warszawie w pierwszej dekadzie XX w., sprawił, że lokalny ruch anarchistyczny zdominowany został przez krawców i szewców, w desperacji szukających radykalnych idei i środków w walce o swój los. „Terror krawiecki” nad Wisłą szybko stanie się synonimem dla „terroru anarchistycznego”.
Bezmotywnicy
Zamach na Café Bristol był realizacją taktycznych koncepcji tzw. Bezmotywników, jednego z kilku środowisk funkcjonujących wśród ówczesnych nadwiślańskich anarchistów. Propagowali oni stosowanie „nieumotywowanego terroru” (stąd właśnie wywodziła się nazwa ich środowiska), tzn. takiego, którego celem są wszyscy przedstawiciele klasy burżuazyjnej, nawet jeśli osobiście nie odpowiadają bezpośrednio za krzywdę robotników. Niepotrzebny był konkretny, uzasadniony motyw i cel ataku, którego wymagały inne grupy polityczne również stosujące polityczny terror – jak choćby Polska Partia Socjalistyczna. „Póki istnieje teraźniejsze społeczeństwo burżuazyjne ugruntowane na gwałcie, proletariat może przemawiać jednym tylko językiem bomb i dynamitu” – głosili Bezmotywnicy. Negatywnie spoglądali na organizowanie związków zawodowych, żądania ograniczające się jedynie do podwyżki płac czy bezprzemocowe działania – wszystko to pachniało im reformizmem i odciąganiem robotników od wysadzenia zgniłego świata w powietrze, by na jego gruzach zbudować wolne społeczeństwo. W łonie samego Internacjonału miał jednak miejsce spór o cele i granice stosowania terroru jako narzędzia walki polityczno-ekonomicznej. Oponenci Bezmotywników uważali, że należy go wymierzać jedynie w instytucje i przedstawicieli aparatu państwowego, głównie by zdobywać środki finansowe na działalność rewolucyjną. Inni głosili konieczność zbrojnych „eksów” również na przedstawicielach burżuazji oraz sięgania po przemoc, by wyegzekwować prawa pracownicze i karać nieugiętych pracodawców, odżegnywali się jednak od ślepego rzucania bombami na lewo i prawo „bez motywu” – i właśnie to ostatnie podejście zdominowało działalność warszawskich anarchistów. Pomimo iż pierwsze odezwy Internacjonału pełne były retoryki Bezmotywników, to ich hasła zostały przekute w czyn tylko raz – właśnie podczas zamachu na Café Bristol.
Koniec Internacjonału
Niecały miesiąc po ataku terrorystycznym na kawiarnię carska Ochrana przeprowadziła zmasowane aresztowania wśród warszawskich anarchistów, całkiem przypadkowo wpadając na ich trop podczas legitymowania jednego z członków Internacjonału. Funkcjonariusze w ciągu jednej nocy wkroczyli do najważniejszych tajnych lokali organizacji, znajdując w nich gotowe ładunki wybuchowe, konspiracyjną bibułę, a nawet małą drukarnię do jej powielania. Zatrzymani z miejsca zostali oskarżeni o autorstwo listopadowego zamachu i szereg ekspropriacji, a następnie poddano ich brutalnym przesłuchaniom mającym potwierdzić postawione przez carski aparat zarzuty.
Zadania wydobycia zeznań od anarchistów podjął się owiany złą sławą funkcjonariusz Ochrany Wiktor Grün (rok później, w styczniu 1907, zostanie zastrzelony przez bojówkę PPS). Jeden z zatrzymanych będzie opisywał stosowane na nich metody: „Nocami nas bili, a w ciągu dnia przesłuchiwali. Straszliwe to było. Na przykład [Jankiel] Pfefer był do tego stopnia pobity, że spuchł cały, a na Abrama Rotkopfa aż strach było patrzeć. Wszyscy byliśmy okaleczeni do niepoznawalności. Jednemu wybili oczy. Słów mi brak by opisać całą tę zgrozę. Doprowadzili nas do stanu nieświadomości, byliśmy wszyscy jakby obłąkani, ja sam nie wiedziałem już co się ze mną dzieje”. Michał Bakaj, skruszony funkcjonariusz Ochrany (ten sam, który wskazał na Stanisława Brzozowskiego jako carskiego agenta, dając tym asumpt do wielkiej afery w środowisku inteligencji socjalistycznej) w jednym ze swych artykułów obnażających metody bezpieki przytoczył przebieg przesłuchań anarchistów: „Pokonani przez takie tortury nieszczęśnicy mówili wszystko, czego od nich chciano, nawet przyznawali się bez jakiejkolwiek realnej podstawy. Niektóre z tych zeznań nie zgadzały się ze sobą. Grün, który chciał zrobić z tej sprawy swoje wielkie osiągnięcie, konfrontował ze sobą wzajemnie obwinionych, którzy się nie zgadzali i żeby uzyskać jedność zeznań, torturował jednych w obecności drugich”.
Raporty z policyjnych przesłuchań wskazują, że do bezpośredniego udziału w zamachu na Café Bristol przyznali się Froim Grauman oraz Abram Rotkopf. I choć faktycznie to warszawski Internacjonał wziął na siebie polityczną odpowiedzialność za atak, to jego inicjatorami i głównymi wykonawcami mieli być Bezmotywnicy z Białegostoku, kolebki ruchu anarchistycznego w Imperium Rosyjskim. W opublikowanych w 1924 r. na łamach Katorgi i Zesłania – pisma radzieckiej organizacji byłych więźniów politycznych caratu – legendarna rosyjska anarchistka Olga Taratuta ujawniła autorów zamachu na warszawską kawiarnię. Według niej byli to: Mojsze Mec „Borys”, Jakow Tyszerman „Lalka”, Bella Szereszewska „Szerka” oraz Beniamin Bachrach „Notka”.
Mimo to nie sposób jednoznacznie ustalić, kto osobiście cisnął bombami w Café Bristol. Wspomnienia Taratuty pomijają bezpośredni udział warszawskich anarchistów w zamachu. Zeznania aresztowanych członków Internacjonału wzmiankują natomiast o białostockich rewolucjonistach, zarazem podając nieco inny skład personalny.
Niezależnie od tych niejasności, możemy stwierdzić z niemal całą pewnością, że zamach na Café Bristol inspirowany był przez białostockich Bezmotywników, a „Internacjonał” w jego przeprowadzeniu pomagał i wziął na siebie polityczną odpowiedzialność.
Białostoccy uczestnicy zamachu Mojsze Mec i Bella Szereszewska nie poprzestali na warszawskim Bristolu i natychmiast skierowali się do Odessy, gdzie wzięli udział w analogicznym ataku na Café Libman. Tym razem zamach okazał się nieco bardziej krwawy: silna eksplozja raniła kilkoro gości kawiarni i przechodniów. Anarchiści również mieli mniej szczęścia: wszyscy autorzy ataku zostali pojmani przez funkcjonariuszy Ochrany. Mec i Szereszewska zostali skazani na karę śmierci.
Identyczny zamach terrorystyczny przeprowadzić planowali łódzcy anarchiści – od swych towarzyszy z Warszawy otrzymali dwie bomby, którymi chcieli cisnąć w ekskluzywny Grand Café na Piotrkowskiej. W ostatniej chwili w realizacji krwawego czynu przeszkodzili im agenci Ochrany.
Carskie władze aresztowanym członkom Internacjonału przedstawiły całą listę zarzutów: produkowanie ładunków wybuchowych, przeprowadzanie „eksów”, rozprowadzanie nielegalnej bibuły, agitację polityczną i przynależność do wywrotowej organizacji. Ostatecznie jedynie dwójce spośród nich, wspomnianym Graumanowi i Rotkopfowi, przypisano udział zamachu na kawiarnię. Mimo to wszyscy zostali usłyszeli wyrok śmierci.
Śmierć katom!
Generał-Gubernator Warszawy zarządził, by podejrzanych zaprowadzać nie przed oblicze sądu, lecz przed specjalną komisję składającą się z wojskowych, która miała orzec karę administracyjną. W ten sposób chciał on w szybki i stanowczy sposób stłumić rewolucyjne wystąpienia. Przeciw tej niespotykanej dotychczas praktyce zaprotestowali polscy adwokaci, wśród nich legendarny Stanisław Patek, obrońca m.in. bojowca PPS-u, Stefana Okrzei. Sprawa stała się na tyle głośna, że trafiła pod dyskusje do petersburskiej Dumy. Choć Generał-Gubernator Warszawy ostatecznie został oczyszczony z podejrzeń o działanie niezgodne z prawem, to Car Mikołaj II Romanow, wydał zakaz stosowania podobnych praktyk. Karę śmierci może wydawać jedynie sąd, żadne specjalnie komisje – podkreślił.
Dla skazanej szesnastki anarchistów wytyczna Cara była bez znaczenia – już dawno zostali rozstrzelani na stokach warszawskiej Cytadeli. Przed pluton egzekucyjny trafili w trzech turach: 16, 17 i 31 stycznia 1906 r. „Śmierć katom, niech żyje anarchia!” – wołali w ostatnich sekundach swego życia. Nie wszyscy jednak zachowali „powagę rewolucjonisty”: byli tacy co płakali, odżegnywali się od rewolucyjnej działalności i błagali o darowanie życia. Na darmo. Najmłodszy z rozstrzelanych anarchistów miał zaledwie 17 lat, a zaledwie kilku miało ukończone powyżej 20 lat. Skazanie na śmierć przez rozstrzelanie tak młodych mężczyzn wzbudziło protest lekarzy z Cytadeli, niezbędnych do stwierdzenia zgonu delikwentów – odmówili oni udziału w egzekucji.
Wkrótce po tych zdarzeniach warszawskie ulice obiegły przerażające plotki – rybacy mieli wyłowić z Wisły kilka koszmarnie okaleczonych zwłok pozbawionych kończyn, z twarzami zalanymi smołą, by uniemożliwić ich identyfikację. Szeptano między sobą, że to właśnie rozstrzelani anarchiści, których nawet pośmiertny los miał być przestrogą dla tych, którzy chcieliby w przyszłości sięgnąć po terror w walce z burżuazją i caratem.
Odyseja Sury Rotkopf
Z listy anarchistów skazanych na śmierć w ostatniej chwili wykreślono dwie osoby. Były to jedyne aresztowane kobiety: Chaja Flatto oraz Sura Rotkopf, siostra-bliźniaczka rozstrzelanego Abrama. Wytoczono im w zamian proces – tym razem zgodny z literą prawa. Chaja Flatto oskarżona została o umożliwienie anarchistom przechowania ładunków wybuchowych w swoim mieszkaniu. Prawdopodobnie była jedynie sympatyczką organizacji, nie zaś jej aktywną działaczką. Inaczej sprawa miała się z Surą Rotkopf.
Sura na świat przychodzi w 1888 r. w Łodzi, w rodzinie religijnych Żydów. Razem ze swoim bratem przeprowadza się do Warszawy, gdzie oboje angażują się w lokalny ruch anarchistyczny. W „Internacjonale” Sura odpowiada za druk propagandowej bibuły, prowadząc w swoim mieszkaniu na ulicy Wilczej niedużą konspiracyjną drukarnię.
Gdy wpada w ręce agentów carskiej bezpieki, ci obchodzą się z nią równie okrutnie co z jej towarzyszami. Początkowo poddana jest torturom psychicznym – gdy Abram jest brutalnie przesłuchiwany, Sura zmuszana jest we wsłuchiwanie się w odgłosy cierpień katowanego brata. W ten sposób starano się zmusić ją do składania zeznań i wsypania swoich towarzyszy.
Gdy mimo to Sura milczy, carscy agenci poddają młodą anarchistkę torturom fizycznym – funkcjonariusze biją ją drewnianymi kijami, wyrywają włosy, wybijają zęby, skaczą po jej ciele. Po kilku dniach takiego traktowania Rotkopf znajduje się w stanie agonalnym i zostaje umieszczona w szpitalu, gdzie miesiącami dochodzi do zdrowia. Według policyjnych raportów anarchistka nie wytrzymała przesłuchań i wskazała na swojego brata jako jednego z wykonawców zamachu na kawiarnię w Bristolu. Nie ma pewności czy wyznała prawdę, czy jedynie to, co chcieli usłyszeć jej siepacze, by uwolnić się od katuszy.
W oczekiwaniu na proces Sura Rotkopf zostaje osadzona w Warszawskim Więzieniu Kobiecym na ulicy Dzielnej, a później w X Pawilonie Cytadeli Warszawskiej. W relacji jednej z więźniarek zaledwie 18-letnia anarchistka wydała jej się „kobietą starą, o twarzy rozlanej, rysach zatartych, jakby nabrzmiałych. Bladą twarz pokrywały błękitnawe plamy. Oczy wyrażały strach niezmierny, ból nieskończony”. To owa więźniarka wysłuchuje historii Sury i po wyjściu na wolność relacjonuje ją Włodzimierzowi Władimirowowi, słynnemu rosyjskiemu dziennikarzowi specjalizującemu się w ujawnianiu carskich zbrodni i okrutnych praktyk bezpieki. Wstrząsająca relacja trafia na łamy francuskiej prasy, następnie do gazet w innych krajach. Przeżycia anarchistki poruszają opinię publiczną i stają się kolejnym dowodem na okrutne praktyki stosowane przez carski reżim.
O tragicznym losie swojego brata Sura dowiaduje się od służb więziennych pół roku po jego egzekucji, dopiero po wystosowaniu prośby o udzielenie informacji na jego temat. „Proszę powiadomić mnie jak najszybciej, ponieważ to, że nic nie wiem, bardzo źle wpływa na moje zdrowie” – zrozpaczona pisała do naczelnika więzienia.
Zachowały się również dokumenty świadczące o tym, że przebywając w więzieniu, starała się wziąć ślub z innym osadzonym, Marcelim Sachsem, działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej, pisarzem i redaktorem naczelnym kilku tytułów prasowych. Nie wiadomo, czy władze więzienne zezwoliły na zawarcie małżeństwa.
Decyzją sądu anarchistka zostaje skazana na kilkuletnią katorgę do więzienia malcewskiego w Nerczyńsku we wschodniej Syberii. Po kilku latach, w 1909 r. udaje się jej zbiec do Anglii, gdzie pod swoją opiekę bierze ją sam „książę anarchizmu” Piotr Kropotkin, przyjmujący u siebie politycznych emigrantów z imperium rosyjskiego. Jakie wrażenie wywołało to spotkanie na młodej działaczce, która w swoim warszawskim mieszkaniu w konspiracji powielała odezwy inspirowane ideami Kropotkina, a w imieniu których, jej brat oddał życie? W listach do towarzyszy anarchistyczny filozof wydaje się mocno poruszony tym spotkaniem. Zdając sobie sprawę, przez jakie piekło przeszła Sura, nie ma odwagi dopytywać się jej o szczegóły związane z jej przeżyciami. „To biedna dziewczyna. Tylko już się zestarzała, biedaczka. Podobieństwo do jej brata jest uderzające” – opisywał swoje wrażenia Kropotkin.
Anarchistka ostatecznie osiada w Paryżu pod imieniem Mirka Gorfein – fałszywą tożsamość przybrała najpewniej w obawie przed agentami Ochrany, której rozbudowana siatka rozpracowywała środowisko emigrantów z Imperium Rosyjskiego we Francji. Mimo to carska bezpieka odnotowuje przybycie Sury Rotkopf nad Sekwanę i ma na oku jej życie prywatne. Skrupulatnie raportowano, że Sura utrzymuje bliskie relacje z profesorem chemii Louisem Bourginem, którego faktycznie wkrótce poślubiła. Od tej chwili anarchistka nazywała się Stephanie Bourgoin – nowe imię było nawiązaniem do jej pseudonimu „Stefa” z czasów działalności w warszawskim Internacjonale.
W 1913 przychodzi na świat ich syn Jean Serge Bourgoin, późniejszy operator filmowy, nagrodzony w 1962 r. Oscarem za film „Najdłuższy dzień” (The Longest Day, reż. Darryl F. Zanuck, Bernhard Wicki, 1962). Rok po jego narodzinach rodzina emigruje do Kanady, gdzie Louis Bourgoin obejmuje stanowisko na politechnice w Montrealu i jako uznany naukowiec zostaje mianowany dyrektorem centrum badawczego uczelni. Małżeństwo jednak nie przetrwało. Sura powraca wspólnie z synem do Francji. Umiera w 1982 r. w miejscowości Tonnerre.
Nie wiemy, czy dawna działaczka warszawskiego Internacjonału, uczestniczka rewolucji 1905 r., w trakcie której większość jej towarzyszy i przyjaciół straciła życie, na którymś etapie swego życia porzuciła swe anarchistyczne ideały i nadzieję na świat bez podziałów klasowych i państwowych struktur. A może trwała przy nich do końca życia Życie Sury Rotkopf stało się odbiciem tragicznych doświadczeń anarchistów-komunistów znad Wisły, którzy w swym straceńczym zapale i absolutnej niezgodzie na zastany świat pełen przemocy sami decydowali się po nią sięgać, spalając swoje młode życia w płomieniu rewolucji.
Jeremi Galdamez – Badacz historii ruchu robotniczego. Jego książka poświęcona polskim ochotnikom w republikańskiej Hiszpanii ukaże się w tym roku nakładem wydawnictwa Czarne.
