Pierwszy tekst z okazjonalnej serii: idee spoza standardowej solarpunkowej listy lektur.
W 1973 roku filozof i krytyk społeczny Ivan Illich opublikował krótką, dziwną i wciąż niewygodną książkę – Tools for Conviviality (dosłownie: „narzędzia sprzyjające współdziałaniu”; bez ustalonego polskiego przekładu). Nie jest to książka o technologii w wąskim sensie – dotyczy każdego narzędzia, od młotka przez szpital po system szkolny, i wzorca, który zdaniem Illicha odnosi się do nich wszystkich: punktu, w którym wzrost przestaje służyć celowi, dla którego narzędzie powstało, i zaczyna działać przeciw niemu.
Oto zarys tego wywodu, w prostych słowach.
Dwa działy wodne
Illich zauważył, że duże instytucje zwykle przechodzą przez dwa punkty zwrotne.
Przy pierwszym dziale wodnym dzieje się coś naprawdę dobrego. Nowa idea lub technologia rozwiązuje realny problem, a poprawa jest mierzalna i szeroko dzielona: czysta woda obniża śmiertelność niemowląt, szczepionki zatrzymują epidemie, pług pozwala jednej rodzinie wyżywić więcej ludzi. To postęp w zwyczajnym znaczeniu tego słowa.
Przy drugim dziale wodnym dzieje się coś cichszego i dziwniejszego. Instytucja wciąż rośnie, ale zwrot z tego wzrostu zaczyna działać w przeciwną stronę. Więcej medycyny nie znaczy więcej zdrowia – znaczy dłuższe, droższe, bardziej zinstytucjonalizowane umieranie. Więcej szkolnictwa nie znaczy więcej nauki – znaczy rosnącą populację ludzi certyfikowanych jako „zapóźnieni”. Narzędzie, ściśle rzecz biorąc, nie przestało działać. Zaczęło produkować, jako swój główny efekt, właśnie ten problem, który miało rozwiązać.
Jego najostrzejszy przykład: im prostsza stawała się procedura medyczna, tym zacieklej zawód kontrolujący jej wykonywanie bronił wyłącznego prawa do jej stosowania. Łatwość użycia nie rozluźniła monopolu – zacieśniła go.
Monopol, którego ceny nie zauważasz
To najbardziej użyteczna idea Illicha i ta, przy której najbardziej opłaca się zatrzymać: monopol radykalny (radical monopoly).
To nie jest zwyczajny monopol. Zwykły monopol oznacza, że jedna firma kontroluje rynek – jedna marka dominuje w napojach gazowanych. Irytujące, ale wciąż można pić wodę albo piwo. Monopol radykalny jest inny: to sytuacja, w której jeden cały sposób zaspokajania potrzeby wypiera każdy inny sposób jej zaspokajania, aż alternatywy nie tylko przegrywają – przestają być realnymi opcjami w ogóle.
Weźmy miasto zbudowane wokół samochodu. Problemem nie jest to, że samochody są złe. Problemem jest to, co dzieje się z miastem: drogi się poszerzają, odległości rosną, a chodzenie czy jazda rowerem przestają być realnymi opcjami, bo nie zostaje już nic dość bezpiecznego ani dość bliskiego, żeby to robić. W tym momencie samochód nie wygrał po prostu rynku. Odebrał ci zdolność, żeby go nie potrzebować.
Niewygodna część: naprawienie podaży nie naprawia monopolu radykalnego. Bezpieczniejsze samochody, więcej pojazdów elektrycznych, lepsze drogi – to wszystko realne usprawnienia, i żadne z nich nie dotyka źródłowego problemu, bo wszystkie sprawiają, że dominujące narzędzie budzi większe zaufanie, co pogłębia zależność od niego, zamiast ją rozluźniać. W pełni zasilany energią słoneczną, będący własnością pracowniczą system transportu oparty na samochodach – zdaniem Illicha – wciąż byłby monopolem radykalnym, wciąż po cichu wymazywałby zwyczajną kompetencję dojścia albo dojechania gdzieś rowerem. Pytanie nie dotyczy wyłącznie tego, kto jest właścicielem narzędzia. Dotyczy tego, czy podstawowy kształt narzędzia zostawia ci jakikolwiek inny sposób zaspokojenia potrzeby, której ono służy.
Trzy kolejne równowagi warte nazwania
Illich nazywa kilka innych sposobów, w jakie wzrost narzędzia może przechylić się z pomocnego w szkodliwy. Trzy łatwo rozpoznać, gdy się je już usłyszy:
Nauka, która nie jest twoja. Jest różnica między tym, co przyswajasz przez samo życie – uczeniem się mówić, uczeniem się chodzić – a tym, co musi zostać ci dostarczone przez celowe nauczanie. W miarę jak narzędzia stają się bardziej wyspecjalizowane, coraz więcej z tego, co ktokolwiek musi wiedzieć, jest projektowane przez kogoś innego, nie odkrywane przez bezpośrednie zaangażowanie w świat. Przykład Illicha: dziecko w nowoczesnym mieście codziennie styka się z tysiącami systemów, których wnętrze pozostaje dla niego całkowitą tajemnicą. Nauka przestaje być czymś, co robisz, i staje się czymś, co dostajesz – a jak wszystko, co trzeba dostać, staje się deficytowa.
Wzrost, który poszerza przepaść po obu stronach. Większe ogólne bogactwo społeczeństwa nie znaczy mniej biedy – czasem znaczy, że rosną naraz i bieda, i przepaść między biednymi a bogatymi, bo przemysłowo zdefiniowane dobra pierwszej potrzeby niosą cenę, do której dochód większości ludzi nigdy nie dogania, nawet gdy gospodarka rośnie.
Zmiana zbyt szybka, żeby osąd nadążył. Prawo i obyczaj opierają się na precedensie – „ta sprawa jest podobna do tamtej, więc osądzamy ją tak samo”. Podnieś tempo wymuszonej zmiany (planowe postarzanie produktów, nieustanne „aktualizacje”) dość wysoko, a precedens przestaje być w stanie czegokolwiek się trzymać. Osąd przesuwa się ze wspólnoty na tego eksperta, który akurat definiuje, co się liczy jako aktualne.
Po co zawracać sobie głowę pięćdziesięcioletnią książką
Nic z tego nie brzmi jak tęsknota za przeszłością – Illich wprost zastrzega, że nie proponuje powrotu do jakiejś prostszej epoki, ani nie sprzeciwia się systemom wielkoskalowym czy scentralizowanym jako takim (pociągi potrzebują rozkładów jazdy; sieci telefoniczne potrzebują centralnej administracji). Jego rzeczywista teza jest węższa i trudniejsza do odrzucenia: to, czy narzędzie ci służy, czy cię zastępuje, zależy od jego struktury, nie od tego, kto jest jego właścicielem, jak jest zaawansowane, ani jak dobre były intencje u jego początków. To diagnostyka, nie wycieczka sentymentalna – i taka, którą równie łatwo zastosować do dobrze zamierzonego projektu open source, jak do odkrywkowej kopalni.
Coś się nam nie zgadza?
Ten tekst powstał na bazie naszych własnych notatek z lektury, nie jest tłumaczeniem Illicha. Jeśli coś powyżej zniekształca jego argument albo po prostu brzmi nie tak – powiedzcie nam, publicznie albo prywatnie, jak wolicie.
Chcecie pełniejszego obrazu?
To przegląd, nie cały wywód – Illich poświęca każdej z powyższych idei cały rozdział, plus dwóm kolejnym, na które tu zabrakło miejsca (zepsuciu języka codziennego i temu, czego jego zdaniem faktycznie wymagałoby polityczne przejście od tego wszystkiego). Wersja pogłębiona, ze wszystkim, jest tutaj: wersja pogłębiona PDF.
Co powinniśmy przeczytać dalej?
To pierwszy tekst luźnej serii budowanej na bazie naszych własnych lektur badawczych. Jeśli jest myśliciel, książka albo tradycja, która waszym zdaniem powinna się znaleźć w takiej serii – chcemy o tym usłyszeć.
