Nr 2 (198), Wybrane artykuły, Przemysław Wielgosz
Strach ma wielkie oczy i nie mniejszy potencjał polityczny. Niestety tylko dla silnych i bogatych. Chcecie wiedzieć jak to działa Rozejrzyjcie się dokoła. Przestraszona wojną, kryzysem i nieprzewidywalnością swojego najważniejszego sojusznika Europa traci właśnie resztki swoich powabów. Gdzie się podziały marzenia o pogłębianiu integracji? A język postępu i modernizacji? Nawet jeśli ta pierwsza była kulawa, a drugi stanowił tylko żargon unijnej biurokracji, to o ileż były one lepsze niż obecny kurs na budowanie bunkrów, zbrojenia i odmienianie przez wszystkie przypadki enigmatycznego pojęcia odporności. Jedno się jednak nie zmienia – europejska elita polityczna jak zawsze pokłada nadzieję w zaciskaniu pasa biednym i stara się dotrzymać kroku swojemu amerykańskiemu patronowi. Niestety, nie chodzi tylko o retorykę. Miarą upadku standardów politycznoprawnych w Unii jest przede wszystkim Ursula von der Leyen głosząca najnowszą wersję neokonserwatywnej dobrej nowiny sprowadzającej się do tego, że UE powinna przestać przejmować się prawem międzynarodowym, bo czasy są złe i trzeba być twardzielem[i]. Szefowa Komisji Europejskiej i sekundujący jej kanclerz Niemiec nie mają za grosz wyobraźni by zauważyć, że to właśnie pomysły takie jak ten tworzą owe „złe czasy”.
Pocieszający w tym wszystkim jest fakt, że świat nie ogranicza się do unijnej dekadencji i amerykańskich ekscesów. Projektowanie nastrojów wśród zachodnich elit na cały świat byłoby grubym błędem. Poza niewybaczalnym grzechem europocentryzmu oznacza to też ślepotę na to, co dzieje się z dala od dekadenckiej aury Brukseli. Choćby w Ameryce Łacińskiej, gdzie parafrazując tytuł głośnej książki, rewolucja nigdy się nie kończy.
Póki co, latynoska lewica nie dała się przestraszyć. Nie zapędziła jej do schronu ani nowa doktryna obronna USA otwierająca Waszyngtonowi drogę do nowej epoki interwencji zbrojnych w regionie, ani nawet jej pierwsze zastosowanie praktyczne, czyli styczniowy atak na Wenezuelę. Ameryka Łacińska wydaje się odporna na europejski upadek wyobraźni politycznej.
Prezydentka Meksyku Claudia Scheinbaum ogłosiła właśnie historyczną reformę systemu opieki zdrowotnej. Po raz pierwszy publiczne ubezpieczenia i służba zdrowia obejmą wszystkich obywatel(k)i 120-milionowego kraju. Ten ambitny plan wpisuje się w szerszy kontekst. Tworzą go zainicjowana przez poprzednika Scheinbaum polityka systematycznego wzrostu płacy minimalnej (od 2018 r. wzrosła ona o 100%) oraz skracanie czasu pracy, który zostanie ograniczony z 48 do 40 godzin tygodniowo. Tym samym standardy zatrudnienia w Meksyku miałyby zrównać się z europejskimi. Trudno wszakże nie zauważyć, że Scheinbaum zmierza w kierunku, z którego spora część naszej sceny politycznej akurat chciałaby zawrócić. Być może w jeszcze większym stopniu można to powiedzieć o polityce lewicowego prezydenta Kolumbii. W 2022 r. Gustavo Petro – były partyzant, burmistrz Bogoty znany z ekologicznej polityki – wygrał wybory prezydenckie w kraju naftowym głosząc program zerwania z węglowodorową monokulturą eksportową. A po wyborach – co za zaskoczenie! – realizuje swoje obietnice. Mimo że Kolumbia zajmuje trzecie miejsce na kontynencie wśród państw eksploatujących ropę naftową, a połowa dochodów eksportowych kraju pochodzi z jej sprzedaży, Petro razem ze swoją ministerką ochrony środowiska Susaną Muhamad rozpoczął radykalną transformację energetyczną. Porzucenie ropy i przejście na energię odnawialną sfinansuje specjalny fundusz wart 40 mld dolarów. Jakby tego było mało Kolumbia właśnie zakazała wszelkich nowych projektów górniczych w amazońskich lasach deszczowych na obszarze 42% terytorium kraju.
Rozmach tego przedsięwzięcia może zapierać dech, biorąc pod uwagę, że Kolumbia boryka się z dziedzictwem wieloletniej wojny domowej, zorganizowaną przestępczością i dużym ubóstwem. Nic dziwnego, że wpływowy szwedzki historyk, działacz i myśliciel ekologiczny Andreas Malm nazywa strategię Petro i Muhamad polityką życia[ii], stawiając ją za wzór zachodnim ruchom klimatycznym, które – pomimo teoretycznie lepszych uwarunkowań społecznych – pozostają niezdolne do wypracowania skutecznej strategii przejęcia władzy. Paradoksalną formą docenienia wagi zmian w Meksyku i Kolumbii są reakcje, jakie budzą one w Waszyngtonie. Od miesięcy z Białego Domu dochodzą pogróżki, których ton nieprzyjemnie przypomina propagandową kampanię, która poprzedziła styczniową inwazję na Wenezuelę. Standardowy pakiet oskarżeń obejmuje handel narkotykami, korupcję i – rzecz jasna – komunizm. Można by je zbyć wzruszeniem ramion gdyby nie to, że porwanie prezydenckiej pary z Caracas udowodniło gotowość Donalda Trumpa do zabijania i niszczenia gdziekolwiek uzna to za stosowne. Skądinąd w nagonce na latynoską lewicę wspierają go antytrumpowskie media, które mimo niechęci do obecnego prezydenta USA nigdy nie zmarnują okazji do wsparcia amerykańskiego imperializmu.
Ta pozornie drugorzędna okoliczność powinna zapalić lampkę alarmową także w Europie. W rzeczywistości ten „wspólny front wrogów”, który można też nazwać Partią Porządku skierowany jest nie tylko przeciw suwerenności krajów Południa, czy prawu międzynarodowemu, ale także przeciw wszystkim siłom mającym czelność rzucać wyzwanie dyktaturze kapitału. Dotyczy to także Zachodu, gdzie lewicowi poszukiwacze zaginionej wyobraźni mogą patrzeć z zazdrością na Amerykę Łacińską. Partia Porządku chce nam odebrać marzenia o lepszym świecie i materialne warunki dla ich politycznej realizacji. Odzyskanie jednego i obrona drugiego to zadanie na dziś, jutro i pojutrze.
[i] https://www.rp.pl/dyplomacja/art43941131-slowa-ursuli-von-der-leyen- wywolaly-polityczna-burze-europapodzielona-na-dwa-obozy.
[ii] Andreas Malm, „Politics od Life”, https://salvage.zone/the-politics-of-life.
