Intro
To jest tekst (albo raczej, jak złośliwie stwierdza siedząca obok Żona, wariacja na jego temat), który powstawał (w bólach) przez ostatnie półtora roku (właściwie to już prawie dwa lata…), odkąd jego wersję przeznaczoną do publikacji odrzucił w ostatnim momencie Klub Jagielloński (o tym w oddzielnej notce). Nie tylko się nie zdeaktualizował, ale co gorsza, większość jego najgorszych przewidywań się potwierdziła. Inauguruję tym tekstem swojego bloga, gdyż jest to swoisty tekst programowy – stanowiący manifest mojego "bezobjawowego" konserwatyzmu (oryginalny tekst nosił nazwę W obronie konserwatyzmu bezobjawowego – w kontraście do "konserwatyzmu objawowego", którego objawami ma być przede wszystkim walka z aborcją i szeroko pojętymi zmianami w obyczajowości seksualnej) i moje rozliczenie z ruchem konserwatywnym, którego czułem się częścią i próbowałem jakoś wpływać na jego intelektualną formację. Niestety, bezskutecznie. Dlaczego? O tym też jest ten tekst.
Czym jest konserwatyzm?
Najpierw, zanim przejdziemy do jakichkolwiek analiz, powinniśmy sobie zdefiniować, czym właściwie jest konserwatyzm. Tutaj oczywiście jest niełatwo, bo ile osób, tyle definicji, ale mi osobiście blisko jest do następującej definicji: konserwatyzm jest to stanowisko społeczno-polityczne uznające zastany, stabilny ład społeczny i jego instytucje za domyślnie dobre, a ich modyfikacje za z zasady niepożądane, o ile nie istnieją ku temu dobre powody. Konserwatyzmy bywają oczywiście różne. W szczególności, jednym z istotniejszych czynników różnicujących jest ocena tego, czym są "dobre powody" do zmiany instytucji – skrajni konserwatyści uważają, że takie powody właściwie nie istnieją albo są wyjątkowo rzadkie, umiarkowani konserwatyści mogą uznawać szeroki zakres takich powodów, co w praktyce zbliża ich do stanowiska umiarkowanych progresywistów / "postępowców".
Często utożsamia się konserwatyzm z szeroko pojętą "prawicowością", ale to niekoniecznie musi być prawdą. W szczególności, konserwatyzm jest stanowiskiem raczej społecznym niż gospodarczym, potrafi być kompatybilny z wieloma stanowiskami ekonomicznymi. Niemniej jednak jego społeczna część jest faktycznie prawicowa – konserwowanie status quo, obrona zastanych instytucji i sprzeciw wobec zmian to raczej domena prawicowych niż lewicowych doktryn politycznych.
Konserwatyzm a emancypacja
Końcówka XIX wieku, a także cały wiek XX to historia walk dużych grup ludności o emancypację. Dość powiedzieć, że wiek XIX zaczynaliśmy jeszcze w sytuacji, w której pełnoprawnymi obywatelami był zazwyczaj zaledwie wąski wycinek ludności. Kolejne emancypacyjne boje – jedne bardziej krwawe, inne mniej – włączały w to społeczeństwo kolejne grupy wykluczonych: dawnych niewolników, kobiety, mniejszości seksualne – i stopniowo nadawały im kolejne prawa obywatelskie. Konserwatyzm pełnił tutaj funkcję hamującą – ten radykalny z zasady był zmianom przeciwny, ten umiarkowany wskazywał na ryzyka pewnych zmian, które prowadziły do destrukcji instytucji nie zastępując ich innymi bądź na nadużycia, które przy okazji zmian o charakterze emancypacyjnym przemycały inne zmiany, niekoniecznie już tak niewinne (wystarczy tutaj wspomnieć o paskudnym epizodzie rewolucji seksualnej, jakim było dość szerokie przyzwolenie na obniżenie wieku zgody – stopniowo mainstream wycofywał się z tego przyzwolenia, ale np. niemieccy Zieloni zamówili krytyczny raport o tolerancji dla pedofilii we własnych szeregach dopiero w 2013 roku). To stałe napięcie między walcem postępu a hamulcem konserwatyzmu generowało stopniowo (choć czasem w bólach) nowe status quo, które kolejne pokolenia konserwatystów już uznawały za swój stan zastały… a przynajmniej tak mogło się wydawać.
Początki "konserwatyzmu kontrrewolucyjnego"
Konserwatyzm z zasady nienawidzi rewolucji. Rewolucja to coś wywracającego do góry nogami ład społeczny – wręcz antyteza konserwatyzmu. Istnieje jednak pewien rodzaj rewolucji, który pewne warianty konserwatyzmu wspierają – to kontrrewolucja. Kiedy już pewien ład społeczny okrzepnie po zmianach, istnieje zawsze jakaś grupa, która chciałaby wrócić do jego poprzedniej wersji. Jeśli owo cofanie zmian ma charakter nagły i arbitralny, to mówimy właśnie o zmianach kontrrewolucyjnych. Aż do końca XX wieku wydawało się, że kontrrewolucje to pieśń przeszłości. W ostatnich latach jednak formacje kontrrewolucyjne dokonały wrogiego przejęcia konserwatyzmu oraz prawicy. I to głównie o tych procesach – ich genezie, szkodliwości i moralnej skazie – jest ten tekst.
Aby prześledzić cały proces, musimy cofnąć się do rewolucji roku 1968, a nawet wcześniej – do opresyjnego powojennego konserwatyzmu, który do niej doprowadził. Skupimy się na USA, ponieważ to właśnie z amerykańskiego systemu politycznego wywodzi się ruch alt-prawicy, który zdominował ogólnoświatową scenę prawicową. W USA lat 50. symbolem tej opresyjności był niesławny senator Joseph McCarthy i jego podkomisja śledcza, doszukująca się wszędzie komunistycznych wpływów, nierzadko bez żadnych dowodów. Równolegle trwały walki o eliminację segregacji rasowej – w USA po Wojnie Secesyjnej wprawdzie zniesiono formalnie niewolnictwo, ale czarnoskórzy obywatele pozostawali nadal obywatelami drugiej kategorii, podlegając licznym prawom segregacyjnym, określanym często zbiorczo od karykaturalnej czarnoskórej postaci ze skeczu jako "Jim Crow laws". Warto wspomnieć, że wówczas podział na generalnie lewicujących Demokratów i prawicowo-konserwatywnych Republikanów nie był jeszcze tak mocny, jak obecnie – w amerykańskim Kongresie istniała konserwatywna koalicja Republikanów oraz Demokratów (głównie z południowych stanów), którzy sprzeciwiali się reformom Roosevelta, a także prawnemu równouprawnieniu czarnoskórych. Z drugiej strony za równouprawnieniem rasowym opowiadali się w znacznym stopniu Republikanie z północnych stanów.
Doprowadzało to często do sojuszy, które z punktu widzenia dzisiejszej polityki muszą się wielu wydawać kuriozalne. Przypadkowo, sprzeciw przeciwko rozluźnianiu przepisów antyaborcyjnych łączył religijnych konserwatystów z… czarnoskórymi działaczkami, które postrzegały aborcję jako mechanizm eugeniczny (chociaż nieprawdą jest, jak twierdzi prawica, jakoby organizacja Planned Parenthood powstawała z rasistowskich pobudek, to niewątpliwie przynajmniej częściowo motywacja upowszechnienia antykoncepcji wśród czarnoskórych w latach 30. XX wieku miała charakter rasistowski o podłożach eugenicznych właśnie). Eugenika była uznawana wówczas za postulat postępowy – do dzisiaj zresztą można spotkać się z podejściem, w którym promocja antykoncepcji jest stosowana jako środek do redukcji populacji, jak w przypadku działań fundacji Billa Gatesa w Afryce, które również były krytykowane (np. przez katolicką organizację Culture of Life Africa) jako z natury neokolonialne.
W latach 60. w świecie szeroko pojętego Zachodu doszło do przesilenia. Kilka ruchów emancypacyjnych odniosło spektakularne sukcesy: przyjęty w roku 1964 Civil Rights Act zakazywał segregacji w miejscach publicznych i dyskryminacji w zatrudnieniu (a rok późniejszy Voting Rights Act nadawał im gwarancje realizacji praw wyborczych, które formalnie dostali w XV poprawce do konstytucji, ale które przez prawie 100 lat były w znacznym stopniu fikcją), rewolucja obyczajowa poskutkowała licznymi zwycięstwami ruchu feministycznego drugiej fali, wynalezienie pigułki antykoncepcyjnej dostarczyło kobietom narzędzie do zyskania kontroli nad własną płodnością, a przez to seksualnością. W roku 1973 Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne usunęło homoseksualizm z listy zaburzeń.
Za zmianami społecznymi szły także reformy gospodarcze: późne lata 60. i wczesne 70. w USA to jeszcze czasy relatywnie wysokich podatków dla najbogatszych, silnych związków zawodowych oraz wzmacnianego konsekwentnie parasolu socjalnego. Jednak już za chwilę wszystko to zostanie wywrócone do góry nogami.
Tradycja, Rodzina, Własność
Przenieśmy się na chwilę w naszej opowieści do innego rejonu świata. W 1959 roku w Brazylii konserwatywny katolicki działacz i myśliciel, Plinio Corrêa de Oliveira, pisze tekst o wymownym tytule "Rewolucja i kontrrewolucja". Tekst stanie się założycielskim dziełem organizacji, której nazwa jest zapewne dobrze znana wielu czytelnikom w Polsce: Tradycja, Rodzina, Własność albo w wersji anglojęzycznej: Tradition, Family and Property. Kontekst jest tu nieco inny niż w USA, ale wywodzący się z podobnych źródeł. Ruchy emancypacyjne w Ameryce Południowej (znacznie tutaj mocniejsze, często wspierane przez faktyczne wpływy ZSRR fundującego ruchy komunistyczne) doprowadzają do zaburzenia feudalnego modelu społecznego. Wielcy posiadacze ziemscy stają przed perspektywą nie tylko utraty swoich ogromnych majątków, ale także utraty kontroli nad swoją siłą roboczą, i to wskutek mechanizmów dwojakiego rodzaju – emancypacji gospodarczej "parobków" oraz emancypacji społecznej kobiet. W tych okolicznościach Oliveira pisze swój tekst, w którym proponuje remedium na ową destrukcję ładu społecznego: tradycjonalistyczną kontrrewolucję, opartą na tradycyjnych wartościach, obronie rodziny i własności oraz rządach silnej ręki.
W momencie tworzenia tekstu Oliveira jest na straconej pozycji – przez Amerykę Łacińską przetacza się fala lewicowych rewolucji, w świecie Zachodu zaraz wybuchnie rewolucja roku 1968. Ale to nie znaczy, że Oliveira przestaje walczyć. W istocie, trójca "Tradycja – Rodzina – Własność" stanie się niebawem głównym motorem nowej, prawicowej rewolucji.
Upadek komunizmu i koniec historii
Lata 80., a następnie 90. upływają pod znakiem dwóch równoległych procesów. Z jednej strony, następuje całkowita dezintegracja ZSRR, które traci też możliwość realnego wpływu na swoje międzynarodowe kolonie oraz finansowania i wspierania lewicowych ruchów na Zachodzie. Z drugiej strony, rządzące prawicowe rządy (których dwie ikony z tych czasów to Margaret Thatcher i Ronald Reagan) realizują dogmatycznie kapitalistyczne reformy, redukując osłony socjalne, niszcząc związki zawodowe oraz drastycznie obniżając podatki dla najbogatszych. Równolegle trwają nadal procesy emancypacji społecznej, zwłaszcza spod znaku wolności seksualnych: po dekryminalizacji związków homoseksualnych przychodzi ich stopniowa instytucjonalizacja, większość krajów europejskich wchodzi też w lata 80. już ze zliberalizowanym prawem antyaborcyjnym, a w roku 1985 dołącza do nich tradycyjnie katolicka Hiszpania. Emancypacja kulturowo-społeczna oraz emancypacja gospodarcza zaczynają się jednak znacząco rozjeżdżać – tym bardziej, że lewica, skonfrontowana z klęską światowego komunizmu, zaczyna w kwestiach gospodarczych upodabniać się do prawicy – różniąc się od niej głównie postulatami światopoglądowymi. Kwintesencją tego zbliżenia są rządy Billa Clintona w USA i Tony'ego Blaira w Wielkiej Brytanii – polityków partii nominalnie lewicowych, którzy w rzeczywistości kontynuują deregulacyjną politykę swoich konserwatywnych poprzedników – Reagana i Thatcher.
Powoduje to stopniowe przeobrażenie w elektoratach partii. Partie prawicowe stają się partiami obyczajowego konserwatyzmu i gospodarczego populizmu – z reguły sięgając po deregulację jako po narzędzie mające pomóc w realizacji awansu społecznego. Partie lewicowe z kolei zostają partiami "status quo" – obyczajowego postępu, gospodarczego trwania i konsumowania owoców wzrostu gospodarczego. Podział taki działa nienajgorzej w rozwijających się stabilnie gospodarkach, w których beneficjentami owoców wzrostu gospodarczego jest całe społeczeństwo. Niestety, przełom wieków to spektakularne załamanie się tego paradygmatu.
Kryzys gospodarczy, COVID i rozwarstwienie
W XXI wieku stabilny obrazek rozbija nam kilka wydarzeń, które równolegle powodują załamanie się światowego ładu opartego na stabilnym wzroście gospodarczym krajów Zachodu, często kosztem wykorzystywanych jako siedlisko taniej czy wręcz niewolniczej siły roboczej krajów peryferium. Kryzys gospodarczy z roku 2008 powoduje destabilizację światowej gospodarki – a przy tym po raz pierwszy od dłuższego czasu pokazuje szerzej "kuchnię" korporacyjnego kapitalizmu, z prezesami, którzy nie ponoszą za nic odpowiedzialności i firmami "zbyt wielkimi, żeby upaść", w które pompowane są miliardy państwowych pieniędzy. Pandemia COVID-19 zaburza wizję globalnego świata, w którym mamy swobodę poruszania się i nie przejmujemy się chorobami zakaźnymi, do tego rozbijając więzi międzyludzkie i prowadząc do redukcji w kontaktach społecznych. Wreszcie, atak Rosji na Ukrainę daje nam wszystkim do zrozumienia, że czas wojen wcale się nie zakończył, a konflikty potrafią w znaczący sposób wpływać na światową ekonomię (np. powodując wzrost cen paliw i energii).
W społeczeństwach Zachodu rośnie lęk. Poczucie bezpieczeństwa zostaje zastąpione strachem o przyszłość – zwłaszcza w kontekście narastających problemów z globalnym ociepleniem. I tutaj wchodzi jak rycerz na czarnym koniu nasz "zmieniony, nowy konserwatyzm".
Zmierzch starej chadecji
Aby zrozumieć, czym on jest i skąd się wziął, należy najpierw zrozumieć, co stało się z tradycyjnie prawicowymi partiami Zachodu przez ostatnie 20 lat. Do początków XXI wieku konserwatyzm w polityce był ruchem w zasadniczym stopniu systemowym. Wpisane jest to przecież w samą naturę konserwatyzmu: szacunek do instytucji, zwłaszcza długiego trwania, niechęć do nagłych zmian, tendencja do naprawiania raczej niż niszczenia elementów tkanki społecznej – to wszystko czyni z niego naturalny ruch systemowy. Z tym wszystkim związana jest idea silnego państwa, które musi mieć mechanizmy, aby móc przeciwdziałać erozji instytucji czy tkanki społecznej. Jak widać po tym opisie, relacja takiego konserwatyzmu wobec wielkiego kapitału jest mocno ambiwalentna – z jednej strony dziedziczno-hierarchiczny charakter kapitału sprzyja jego wspieraniu przez konserwatywne państwo, z drugiej strony – zbyt ekspansywny kapitał zaczyna szybko wchodzić na kurs kolizyjny z kapitanem Państwo. Przez długie lata owo napięcie generowało w miarę zdrowe stosunki między państwem a kapitałem – bogatym pozwalano spokojnie się bogacić, z drugiej strony wszelkie próby zbyt mocnej akumulacji majątków czy oligarchizacji były zdecydowanie tępione.
Aż nastał Ronald Reagan.
Za rządów Reagana nastąpił niemal całkowity rozkład Związku Radzieckiego (chociaż formalny rozpad nastąpił dopiero w 1991, to pod koniec rządów Reagana ZSRR był już chodzącym trupem). Jako że za zwycięstwo miał odpowiadać przede wszystkim kapitalizm, uznano, że zasada "kapitalizmu nigdy za dużo" jest kluczem do dalszego sukcesu. W związku z tym pociągnięto jeszcze dalej proces deregulacji gospodarki i luzowania restrykcji dla najbogatszych oraz demontowania związków zawodowych, którym Reagan rozpoczął swoje rządy. Rozpoczął się okres niekontrolowanej akumulacji majątków. W 1990 roku najbogatszy 1% Amerykanów kontrolował ok. 23.5% krajowego majątku. W roku 2025 ten współczynnik wynosił już 32%. Równolegle realny wzrost wynagrodzeń dla osób spoza górnego 10% zaczął znacząco przystopowywać. Od roku 1999 mediana realnych (skorygowanych o inflację) płac w USA wzrosła łącznie zaledwie o 12%. Do tego, wskutek akumulacji kapitału, niektóre dobra podstawowe (przede wszystkim domy i mieszkania) stały się nieproporcjonalnie drogie, co jeszcze bardziej zwiększyło u dużej części społeczeństwa poczucie stagnacji.
Kiedy nadeszły kryzysy początku XXI wieku, konserwatywna prawica – funkcjonująca w większości krajów Zachodu jako chrześcijańska demokracja – nie była w stanie dać na nie sensownej odpowiedzi. Większość partii z tego nurtu, idąc za anglojęzycznym mainstreamem, opowiadała się za obniżaniem podatków, zmniejszaniem obecności państwa w gospodarce i cięciami wsparcia socjalnego. Taki program, w obliczu narastającego poczucia stagnacji, nie mógł się cieszyć wielkim powodzeniem. Sęk w tym, że odpowiedzi nie miała również lewica. Zblatowana z wielkim kapitałem, funkcjonująca w post-reaganowskim paradygmacie nieuchronnego triumfu nielimitowanego kapitalizmu, jedyne, co miała do zaoferowania to zachowanie istniejących już socjalnych buforów bezpieczeństwa oraz nieśmiałe przebąkiwanie o bardziej sprawiedliwej polityce podatkowej.
Nowy konserwatyzm jako odpowiedź na bolączki ludu
I tutaj, niczym za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, pojawia się "nowy konserwatyzm" – jako odpowiedź na bolączki pozbawionego owoców wzrostu gospodarczego ludu. Najpierw jako nieśmiały balon próbny amerykańskiego alt-rightu, koniec końców przeobraża się w rządy Trumpa i prawicową kontrrewolucję. Pomysł na ów "nowy konserwatyzm" jest prosty – pożenić opór wobec wszystkiego, co obyczajowo reprezentuje sobą liberalna lewica z bezceremonialną apologią najbardziej żarłocznych wariantów kapitalizmu. Wymaga to tylko jednego – zabicia lojalności wobec instytucji. Dlatego alt-right pokazuje wroga – liberalne "elity", "establishment". Klasę wyższą średnią. Tych, którzy realnie o niczym sami nie decydują – ale mają kapitał kulturowy, mają widoczność, są obecni w mediach, kształtują dyskurs publiczny. To oni zostają nowym wrogiem publicznym numer jeden.
Oczywiście samo wskazanie wroga nie wystarczy do zbudowania atrakcyjnej narracji – to wymaga wpisania się w istniejący konserwatywny sztafaż kulturowo-obyczajowy. "Nowi konserwatyści" dobrze jednak odrobili lekcje postmodernizmu – przekonanie ludzi nie wymaga faktycznego postępowania według danego systemu wartości, a jedynie stworzenie odpowiednio dobranej narracji, która będzie odwoływała się do tychże wartości. Jako element spajający wybrano opór wobec rewolucji obyczajowej 1968 roku – a narracyjnym elementem najmocniej ilustrujący ten opór miał być sprzeciw wobec aborcji. Był to wybór o tyle atrakcyjny, że aborcja jest faktycznie zjawiskiem moralnie kontrowersyjnym, stanowiska ludzi są tutaj bardzo zróżnicowane, a dodatkowo aborcja doskonale wpisuje się w narrację o moralnym zepsuciu będącym skutkiem liberalnej etyki seksualnej – eksploracja seksualności przez kobiety połączona z brakiem akceptacji dla konsekwencji w postaci ciąży ma prowadzić w prostej drodze do zamachu na życie. Problem z tą narracją, jak zaraz spróbuję pokazać, jest jednak taki, że jeśli zerkniemy poza warstwę opowieści, to okaże się ona pusta: żadna z wartości, do których odwołuje się ta narracja (czyli ani bezwarunkowa wartość ludzkiego życia, ani odpowiedzialność za swoje działania, ani promowanie seksualnej wstrzemięźliwości) nie okazuje się w tej praktyce rzeczywistą wartością – są to jedynie preteksty do tego, aby wskazywać odpowiednich "kozłów ofiarnych".
Konserwatyzm przywar
Propozycje alt-rightu są w praktyce destrukcją (choć niektórzy mogliby powiedzieć – dekonstrukcją) postulatów klasycznego konserwatyzmu. Wypaczają idee, które z konserwatyzmem były związane. Konserwatyzm często – między innymi dzięki pracom chyba najwybitniejszego konserwatywnego myśliciela XX wieku, Alasdaira MacIntyre'a – wiązany był z etyką cnót. Wpisywało się to w arystotelesowski model człowieka – obywatela, który kultywuje cnoty pozwalające mu być lepszym człowiekiem oraz lepszym obywatelem właśnie, czyli lepiej działać dla dobra wspólnego.
Tymczasem współczesny konserwatyzm jest w gruncie rzeczy konserwatyzmem przywar. Skupiony jest nie na tym, jakie wartości należy kultywować, ale na tym, jakich przywar można bronić, zasłaniając się walką z wszechobecnym demonem "lewactwa" (które dostaje różne etykietki: gender, woke, liberalizm). Wartości, które rzekomo nadają "objawowość" temu konserwatyzmowi, w przeciwieństwie do wykpiwanego "konserwatyzmu bezobjawowego", to praktycznie wyłącznie sprzeciw wobec aborcji i rozmontowywaniu historycznego, patriarchalnego podziału ról płciowych. Zauważmy, że owe "wartości" są definiowane negatywnie – jako sprzeciw wobec konkretnych postulatów – a nie pozytywnie. Narracyjnie, za tymi hasłami pojawiają się wartości pozytywne – życie, odpowiedzialność, rodzina, wiara, tradycja. Mają one jednak charakter wyłącznie pozorny (niekoniecznie dla ludzi, którzy za tymi hasłami idą, ale zdecydowanie dla liderów ruchu).
Przykładowo, troska o życie ludzkie jest praktycznie wyłącznie ograniczona do przypadku aborcji. Ponieważ częścią "zdroworozsądkowego" konserwatyzmu jest wiara w skuteczność ostrych kar jako metody na eliminowanie przestępczości, większość takich konserwatystów jest zwolennikami kary śmierci. Tutaj jeszcze daje się wybronić tę dychotomię rozróżnieniem na śmierć zawinioną i niezawinioną, jednak ta dystynkcja rozpada się przy dalszych przykładach. "Nowi konserwatyści" są także zwolennikami ograniczania wsparcia socjalnego, także w wydaniu bezpośrednio ratującym życie (w trakcie rządów Trumpa mieliśmy tego wyjątkowo drastyczny przykład w postaci obcięcia funduszy USAID wspomagających kraje afrykańskie w walce z epidemiami i głodem – krok, który, jak oszacowano na łamach czasopisma Lancet, już kosztował życie kilkaset tysięcy osób). Dodajmy do tego pogardliwe traktowanie życia migrantów, do tego stopnia, że niektóre środowiska prawicowe potrafią cieszyć się ze śmierci migrantów próbujących przedostać się nielegalnie przez granicę. Widać więc, że życie ludzkie nie jest tu naprawdę obiektywną wartością – jest moralnym pretekstem, który pozwala na twarde stanowisko w kwestii aborcji, przy jednoczesnym przymykaniu oka tam, gdzie własny światopogląd przyzwala na masową śmierć. Jest to zresztą jednym z powodów ostrego sporu amerykańskiej MAGA-prawicy z papieżem Leonem, który wielokrotnie zwracał uwagę na ten (i nie tylko ten) rozjazd.
Podobnie sytuacja ma się z odpowiedzialnością. Kobieta ma być odpowiedzialna za uprawiany seks, dlatego musi urodzić dziecko. Ale już mężczyzna może realnie wykręcić się od odpowiedzialności – na alt-prawicy przyzwolenie na niepłacenie alimentów i porzucanie żon przez mężów jest powszechne. Postulatom zaostrzenia prawa antyaborcyjnego nie towarzyszą żadne postulaty mające na celu prawne zobligowanie mężczyzn do wzięcia odpowiedzialności za swoje dzieci. Odpowiedzialność ta jest zatem wyłącznie jednostronna – co pasuje do patriarchalnego modelu, zgodnie z którym wszystkie negatywne konsekwencje ewentualnych kontaktów seksualnych ma ponosić kobieta.
Realnie bowiem okazuje się, że rzekome "wartości" są fikcją. Pod pretekstem manichejskiej walki ze "złem lewicowego liberalizmu" dopuszczalne jest wszystko. Dlatego symbolem wartości rodzinnych staje się dwukrotny rozwodnik Donald Trump, który przegrał proces cywilny o molestowanie seksualne, bliski kumpel Jeffreya Epsteina, . Dlatego wzorem męskości może być ścigany za gwałty i handel ludźmi Andrew Tate. Skądinąd, postępująca moralna degrengolada prawicy powoduje stawianie na piedestale coraz to bardziej zdemoralizowanych postaci. Kiedy pisałem oryginalną wersję tekstu, jedną z rzeczy, którą usłyszałem od moich krytyków z Klubu Jagiellońskiego było to, że "nikt na prawicy w Polsce nie uważa Donalda Trumpa za idola". Było to pół roku przed wyborami prezydenckimi w USA. Nie minął rok i praktycznie połowa największej partii w polskim parlamencie otwarcie deklarowała się jako miłośnicy Trumpa, a nawet "polskie MAGA".
Owym "objawem" nowego konserwatyzmu jest bowiem nie to, czego broni, ale to, z kim walczy. Propagandzie prawicowej udało się stworzyć w mediach tak demoniczny obraz wszystkiego, co choćby odrobinę na lewo od centrum, że w walce z mitycznym "lewactem" dopuszczalne jest już absolutnie wszystko. Można kraść, można mordować, można kłamać w żywe oczy – ale ważne, że się walczy. To jest ten "objaw". To jest sygnał tego, że tenże konserwatyzm jest "prawdziwy", a nie "rozmemłany".
Wielki powrót Oliveiry
Ten obraz nie byłby oczywiście pełny, gdyby nie pytanie – unde malum? Skąd to zło? Komu zależy na takim obrocie spraw? No i tutaj wracamy do Plinio de Oliveiry i jego "tradycji, własności i rodziny". Myliłby się ktoś, kto sądził, że organizacja ta skończyła się w latach 60. XX wieku. Wręcz przeciwnie, nie tylko przetrwała, ale w XXI wieku jej liczne organizacje potomne (w Polsce to wspomniana już Fundacja im. Piotra Skargi) przynależą do swoistej "antyglobalistycznej międzynarodówki" – w której możemy znaleźć np. rosyjskich oligarchów, arabskich szejków, starą niemiecką arystokrację czy wreszcie republikańskich miliarderów. Współpracę tych różnych kręgów widać przy okazji takich inicjatyw, jak World Congress of Families, CitizenGO czy Agenda Europe. Widać wyraźnie, jaki model społeczeństwa jest przez tę międzynarodówkę promowany – feudalny, patriarchalny, w którym osiągnięte bogactwo dane jest raz na zawsze, pozwala na bezkarność i pomiatanie innymi. Oczywiście ma to koszty – społeczeństwo, które przyjmuje taki model, musi mieć kastę niewolników, którzy będą pracowali za darmo albo za grosze i nie będą mieć praw obywatelskich, aby środkowa część społeczeństwa mogła jako tako funkcjonować przy ogromnych kosztach, jakie pożera oligarchia / "arystokracja". Tworzy to ład, który ma charakter mocno socjaldarwinistyczny – utrwala panowanie najsilniejszych, a najsłabszym odbiera prawa. Wśród prawicy, która odwołuje się do deregulacji gospodarczej rozumianej w tak mocny sposób, często przywoływanym (w Polsce odwoływał się do tego chociażby Mentzen) ideałem takiego modelu jest Dubaj – państwo, gdzie bogatych stać na komfortowe i wygodne życie, którego ukrytym kosztem są migranci "drugiej kategorii" – de facto niewolnicy – zatrudniani do "poślednich prac" – jako dostępne 24 h na dobę, 7 dni w tygodniu pomoce domowe czy pracownicy budowlani w klimacie, w którym temperatury dochodzą do 50 stopni Celsjusza. Stąd też np. w USA mocny ruch zmierzający do de facto odwrócenia równouprawnienia czarnoskórych i wprowadzenia nowego apartheidu – co znamienne, czołowi entuzjaści tego ruchu to osoby wychowane jako owego apartheidu beneficjenci (Elon Musk, Peter Thiel). Zauważmy, że mimo rzekomego antyglobalizmu, ruch ten wcale nie jest antyglobalistyczny – jedyne, na czym mu zależy, to na braku globalnych instytucji regulacyjnych – bynajmniej nie na braku globalnego handlu.
Do tego kontrrewolucja skutecznie zwalcza zmiany społeczne, które również uderzają w bezkarność rzeczywistych elit. Prawdziwą panikę wzbudził u bogatych mężczyzn u góry ruch #MeToo – okazało się nagle, że zbrodnie seksualne, które bogatym panom dotąd uchodziły kompletnie bezkarnie, nagle mogą poskutkować faktyczną wizytą za kratami. Bardzo szybko zaangażowano duże siły, aby tenże ruch maksymalnie skompromitować i ubić w zarodku, co ładnie widać właśnie we wspominanych plikach Epsteina.
Znamienna jest tutaj wymiana mailowa pomiędzy Jeffreyem Epsteinem a Peterem Thielem z roku 2016, zaraz po Brexicie – pozostawiam czytelnikom ocenę, jak bardzo przewidywania Epsteina się sprawdziły i czy faktycznie możemy tutaj mówić wyłącznie o przewidywaniach.
Epstein: Brexit, just the beginning.
Thiel: Of what?
Epstein: Return to tribalism. Counter to globalization, amazing new alliances. You and I both agreed zero interest rates were too high, and as I said in your office. Finding things on their way to collapse was much easier than finding the next bargain.
Może być jeszcze gorzej
A to wcale nie musi być koniec owego upadku moralnego mainstreamowego (bo obecnie to jest mainstream) "nowego konserwatyzmu".
Elon Musk, który stał się globalnym oligarchą wspierającym ruchy prawicowe, coraz bardziej otwarcie wspiera np. masowe czystki etniczne (w slangu skrajnej prawicy określane eleganckim mianem "remigracji"), wspierając przy tym jawnego rasistę i skazanego wielokrotnie za pospolite przestępstwa bandytę Stephena Yaxley-Lennona (znanego szerszej publiczności pod pseudonimem Tommy Robinson). Przytakuje też wpisom, które zawierają treści mocno sugestywne (jak chociażby wpis z postacią z pistoletem i obrazkiem "First the traitors, then the invaders"). Nie ma chyba dnia, żeby nie zaangażował się w obronę jakiejś skrajnie prawicowej partii w różnych zakątkach świata.
Agencje rządowe USA otwarcie publikują treści, które jeszcze niedawno można było spotkać wyłącznie na stronach organizacji neonazistowskich czy innych obrońców "białej rasy" (w niektórych przypadkach używając jawnie symboli bądź haseł o charakterze neonazistowskim). Nie są to przypadki pojedyncze – często cała stylistyka ogłoszeń danej instytucji zostaje podporządkowana symbolice skrajnej prawicy. Śmierć i cierpienie migrantów przetrzymywanych w obozach stanowią materiał do… żartów na oficjalnym profilu Białego Domu.
Wszystkiemu temu towarzyszy totalny upadek instytucji i obyczajów. Pete Hegseth, minister "wojny" w USA (oficjalna zmiana nazwy ministerstwa wymaga zgody Kongresu, więc "ministerstwo wojny" – wprowadzone jako "nazwa wtórna" – to obejście wymogu ustawowego metodą faktów dokonanych), całkiem jawnie już zastępuje kobiety i czarnoskórych w dowództwie wojskowym posłusznymi mu generałami o jedynie słusznym kolorze skóry. Jak na złość, wbrew mitom o "merytokratycznym", a nie rasistowskim podłożu zmian, kompetencja obecnego kierownictwa Pentagonu została wystawiona na pośmiewisko operacją w Iranie, gdzie światowa potęga została ośmieszona przez zdeterminowanych fanatyków religijnych z Iranu, którzy nie pozwolili na "wymianę kierownictwa" w stylu tej z Wenezueli (gdzie udało się, bez zmiany reżimu, zamienić wrogiego USA Maduro na dalece bardziej przychylną Delcy Rodríguez). Kolejni amerykańscy żołnierze giną, a osiągnięcia celu operacji nijak nie widać – ba, nawet powrót do status quo w postaci odblokowania Cieśniny Hormuz wydaje się obecnie trudny do zrealizowania.
Rząd amerykański przegrywa rekordową liczbę procesów, a sędziowie już nagminnie zaczynają podważać coś, co w amerykańskim zwyczaju prawnym nazywa się "presumption of regularity" – czyli założenie, że rząd federalny co do zasady działa w dobrej wierze i kompetentnie. W tysiącach udokumentowanych spraw okazało się bowiem, że władze zwyczajnie kłamały sądom, przedstawiały sfabrykowane dowody, ba – fałszowały protokoły ławy przysięgłych, aby uzasadnić wnioski o areszt wobec przeciwników politycznych. W najnowszym odcinku tego serialu – sędzia wezwał p.o. prokuratora generalnego USA Todda Blanche, by osobiście pokazał mu w bezpiecznych warunkach nieocenzurowaną wersję wybranych dokumentów z plików Epsteina, bo sędzia… nie wierzy w to, że faktycznie utajniono tam to, co Blanche twierdzi, że utajniono (nazwiska ofiar). W USA przed Trumpem – rzecz nie do pomyślenia.
Korupcja za rządów Trumpa nie ma sobie równych w historii USA i może być porównywana co najwyżej do upadłych państw afrykańskich – praktycznie każdy odpowiednio bogaty kryminalista może sobie kupić ułaskawienie u prezydenta, a każdy lobbysta osiągnąć swoje cele, wpłacając odpowiednie fundusze na konta w kryptowalutach zarządzane przez synów Trumpa. Rząd USA jednocześnie deklaruje walkę z przemytnikami narkotyków i wypuszcza z więzienia skazanego w USA potężnego barona narkotykowego, ex-prezydenta Hondurasu Juana Orlando Hernándeza. Trump dostaje w prezencie od Kataru luksusowego Boeinga 747 i postanawia… zrobić z niego swój nowy Air Force One, wbrew wszelkim protokołom bezpieczeństwa.
Wszystkiemu temu towarzyszy wzrost potęgi "nowej oligarchii", która zyskała nieporównywalne do jakichkolwiek historycznych środki manipulowania światowym przekazem. Dzięki platformie X Elon Musk może wzniecać zamieszki praktycznie w dowolnym kraju świata, w którym dostępna jest jego platforma. Mark Zuckerberg może przymykać oko na profile masowo kolportujące fałszywe czy nienawistne informacje. Kierownictwo Google'a może monetyzować zyski z YouTube'a, na którym teorie spiskowe czy podsycanie nienawiści doskonale się sprzedają. A rządy krajów są bezbronne – jakiekolwiek sankcje wobec tych podmiotów spotykają się z natychmiastową wrogą reakcją władz USA. Do tego obecne pokolenie polityków liberalnych to chyba najbardziej nieskłonne do ryzyka pokolenie w historii – co czyni ich kompletnie niezdolnymi do ostrej konfrontacji z potężnymi oligarchami i stojącymi za nimi rządami.
Quo vadis, konserwatyzmie?
W wielu rozmowach, w których uczestniczę, moi rozmówcy często klasyfikują mnie jako lewicowca czy liberała. Sęk w tym, że to nieprawda – jestem konserwatystą starej daty, po prostu wierzę w siłę instytucji długiego trwania i w konserwatywne cnoty bardziej, niż w twardy podział ról płciowych, forsowanie prawnego zakazu aborcji czy zakaz związków homoseksualnych. Nawet temat transpłciowości – autentycznie kontrowersyjny, w którym faktycznie konserwatysta może pewne zmiany społeczne kwestionować – został przez alt-prawicę wykorzystany jako mechanizm obrzydliwej nagonki na osoby transpłciowe, wykorzystując ich mocno mniejszościowy status do uczynienia z nich kozła ofiarnego, na którego można zrzucić winę za różne zachodzące zjawiska społeczne. Mimo to uważam, że, jak to często w historii bywało, konserwatyzm jako mechanizm hamulcowy dla postępu, kwestionujący jego narracje i uzasadnienia, jest potrzebny. Nie wszystko to, co forsuje się pod znakiem postępu jest bowiem rzeczywiście korzystne i fortunne, a niszczenie niektórych instytucji pod hasłem ich rzekomej patologiczności powoduje wyrastanie na ich zgliszczach zaspokajających te potrzeby instytucji jeszcze bardziej patologicznych. Przykładem niech będzie zinstytucjonalizowana religia. Oczywiście, wielkie religie światowe mają w swojej historii bardzo niechlubne karty, a ich często konserwatywny charakter utrudnia rozliczanie się z patologiami. Praktyka pokazuje jednak, że niszczenie religii instytucjonalnej nie powoduje zastępowania jej światłym porządkiem rozumu, jak chcieliby niektórzy ateiści, lecz wręcz przeciwnie – często fanatycznymi sektami bądź świeckimi kultami pozbawionymi już jakiegokolwiek zaplecza moralnego.
Niestety, współczesny konserwatyzm nie tylko zdegenerował się bardzo mocno – skonstruowana sztucznie polaryzacja niejako wymusza na ludziach opowiadanie się za nim nawet wtedy, kiedy zaczyna dopuszczać się naprawdę paskudnych rzeczy. Od czasu, kiedy napisałem ten tekst, polska prawica przeszła już z pozycji ostrożnej krytyki Trumpa do uwielbienia dla jego rządów, zaczęła także przesuwać się na (arcyszkodliwe z punktu widzenia polskiej racji stanu) pozycje antyukraińskie, jakie zajmuje większość światowego alt-rightu. Niegdysiejsze mocne wsparcie dla stanowiska nauki np. w zakresie medycyny zastąpiło znaczące milczenie wobec działań Roberta F. Kennedy'ego juniora, który jawnie już zamieszcza antyszczepionkowe treści na oficjalnych stronach rządowych USA. Jeśli prawica nie chce za 20 lat obudzić się z gigantycznym kacem moralnym po tym, jak zaserwuje światu jakiegoś drugiego Hitlera czy innego Mussoliniego, to powinna powrócić do korzeni (co nadal jest możliwe w wydaniu, które nie skazuje jej na zostanie liberalną lewicą, wystarczyłoby chociażby zacząć podążać drogą wytyczaną przez papieża Leona). Nie jest bowiem tak, że konserwatyzm nie ma skąd czerpać wzorców. Wręcz przeciwnie – chociażby pontyfikat papieży Franciszka i Leona – dobrze zorientowanych we współczesnych nurtach intelektualnych, wchodzących w dialog ze światem zewnętrznym – pokazuje, jak bardzo "objawowy" – i krytyczny wobec dzisiejszego świata – może okazać się zdrowo rozumiany konserwatyzm. Nie musimy poddawać się dyktatowi narracji, która za jedyne "objawy" konserwatyzmu uważa sprzeciw wobec aborcji i szeroko pojętych zmian obyczajowych w zakresie seksualności. Wymaga to jednak faktycznej odwagi (a nie tylko pokazowego "nonkonformizmu wobec mainstreamu", który staje się tym bardziej absurdalny, im bardziej właśnie alt-right staje się nowym mainstreamem) i przede wszystkim – przeciwstawienia się potędze oligarchów. Innej drogi jednak nie ma – jeśli prawica będzie nadal płynąć tym samym nurtem, to prędko okaże się, że "objawowość" tego "nowego konserwatyzmu" pójdzie całemu światu w pięty.

Zostaw odpowiedź