Kategorie
Le Monde Diplomatique PL Polski

Dlaczego obywatele rzucają tortami w prezydentów miast? Mikołaj Ratajczak, Nr 4 (200), W najnowszym numerze https://monde-diplomatique.pl/dlaczego-obywatele-rzucaja-tortami-w-prezydentow-miast/

16 czerwca 2026 r. w Poznaniu odrodził się w Polsce czerwony terror. Członek podziemnej organizacji marksistowsko-leninowskiej i aktywista lokalnej komórki insurekcyjnej dokonał zamachu na gwarantowaną przez Konstytucję RP godność władzy samorządowej – rzucił jaśnie panującemu Prezydentowi Miasta Know-How tortem w twarz. W mieście znanym w całym kraju ze swoich tradycji cukierniczych zamach tego rodzaju może […]
https://monde-diplomatique.pl/dlaczego-obywatele-rzucaja-tortami-w-prezydentow-miast/

Mikołaj Ratajczak, Nr 4 (200), W najnowszym numerze

Dlaczego obywatele rzucają tortami w prezydentów miast?

16 czerwca 2026 r. w Poznaniu odrodził się w Polsce czerwony terror. Członek podziemnej organizacji marksistowsko-leninowskiej i aktywista lokalnej komórki insurekcyjnej dokonał zamachu na gwarantowaną przez Konstytucję RP godność władzy samorządowej – rzucił jaśnie panującemu Prezydentowi Miasta Know-How tortem w twarz. W mieście znanym w całym kraju ze swoich tradycji cukierniczych zamach tego rodzaju może być traktowany jedynie jako profanacja wszelkich świętości i wezwanie do masowej przemocy.

Powyższy lead tylko pozornie przedstawia rzeczywistość w wykrzywionym zwierciadle; nie odbiega bowiem zanadto od tonu i języka, w których prezydent Jacek Jaśkowiak oraz politycznie mu podległe media opisywały polityczny happening tortingu podczas sesji rady miasta Poznania. Sam Jaśkowiak porównał się we wpisie na Facebooku do Pawła Adamowicza i wyraźnie zasugerował, że kolejnym krokiem po tortowaniu polityków jest ich mordowanie. Nie można tego nazwać inaczej niż próbą siania paniki moralnej. Praktyka obrzucania produktami żywnościowymi polityków, w tym tych najwyższej rangi, jest starą i powszechną tradycją wyrażenia społecznego oburzenia – także w tych krajach, które pokolenie Jaśkowiaka wielokrotnie stawiało na wzór demokracji i cnót obywatelskich. We Francji, w Wielkiej Brytanii, Niemczech, Danii, Kanadzie czy chociażby Australii premierzy, posłowie, kanclerze czy szefowie partii wielokrotnie dostawali jajkami, mąką, pomidorami czy produktami mlecznymi od protestujących tłumów. Jaśkowiak może zresztą łatwo sprawdzić w jak zacnym gronie się znalazł dzięki zamachowi 16 czerwca, zaglądając do hasła na Wikipedii „List of people who have been pied”[1] , gdzie znalazł się wśród m.in. Billa Gatesa, Jean-Luca Godarda, Medei Benjamin, Ségolène Royal, oczywiście Leszka Balcerowicza oraz wielu innych osób ze świata polityki, sztuki czy mediów. Na całej długiej liście znajduje się tylko jedno nazwisko polityka, Holendra Pima Fortuyna, który po licznych atakach, w tym też tortem, rzeczywiście został zamordowany – jednakże zamach był poprzedzony miesiącami otwartych, anonimowych gróźb, Fortuyn zaś swoją kampanię polityczną oparł na podsycaniu nienawiści na tle rasowym i klasowym. Sytuacje te są raczej trudne do porównania.

Tortowanie miarą demokracji

Niemniej, jeśli tylko politycy samorządowi stwierdzą, że dalsze sianie paniki moralnej jest im na rękę, nie tylko sprawcy incydentu tortowego z Poznania, lecz również inni protestujący mieszkańcy w przyszłości będą się musieli liczyć z całkowicie nieadekwatnymi reakcjami służb porządkowych i samorządowych władz na tego rodzaju akcje protestacyjne. Zarówno tych realizowanych w świetle prawa, jak i za jego kulisami. Niedawne śledztwo dziennikarskie poznańskiej Gazety Wyborczej zresztą pokazało, jak medialna kampania przeciwko liderce protestujących mieszkańców sprzedanego deweloperowi Osiedla Maltańskiego zaprzęgła siły prywatnych detektywów, lokalnych mediów, kancelarii PR-owej i poznańskiego urzędu miasta[2]. Po odwołaniu prezydenta Krakowa, zapowiedzi kolejnych kampanii referendalnych w dużych polskich miastach oraz ostatniego kryzysu wizerunkowego władz Warszawy (który przekształcił się w kryzys wizerunkowy całego rządu), kolejni prezydenci miast będą sięgać po każde narzędzia zniesławiania, a nawet delegalizowania wrogich im ruchów i organizacji, byle tylko zażegnać kolejne fale wizerunkowych i politycznych kryzysów.

Nie chodzi tu więc tylko o kpiny z reakcji polityka, który nie umiał z godnością znieść jednego z najstarszych demokratycznych rytuałów ekspresji ludowego oburzenia. Chodzi o obronę tego symbolicznego aktu sprzeciwu przed językiem moralnego oburzenia i „obrony demokratycznej debaty”, które są tak naprawdę prewencyjnym atakiem w narastającą falę sprzeciwu wobec coraz bardziej skorumpowanej polityki samorządowej. „Granica została przekroczona”, „agresja, która jest poza wszelką normą”, „przemoc” – to język, który od razu pojawił się w wypowiedziach czołowych polityków i działaczy samorządowych. Zostały położone fundamenty pod to, by poznański torting dokonany w imieniu ruchów lokatorskich i pracowniczych wiązać i utożsamiać w przyszłości z aktami brutalnej przemocy, a tym samym nie tylko publicznie tego rodzaju ruchy społeczne dyskredytować, ale wręcz czynić kroki w celu utrudnienia ich działania lub delegalizacji. To już tylko kwestia odpowiedniej koniunktury, czy z tego narzędzia swego rodzaju stanu wyjątkowego uzasadnianego realną, wyobrażoną czy też sprowokowaną przemocą politycy samorządowi cynicznie skorzystają, zwłaszcza w kontekście narastającej w kraju brunatnej fali nienawiści (obecnie skierowanej wobec osób z Ukrainy, ale która do przyszłorocznych wyborów może byæ jeszcze przekierowana na inne grupy). W tym kontekście podkreślić należy to raz jeszcze z całej siły: nie ma demokracji, jeśli polityk nie może „dostać z torta”.

Kapitał deweloperski chce więcej

Cała siła oburzenia prezydenta Poznania oraz innych samorządowców na akt cukierniczej napaści potwierdza jedynie, że torting był dla Jaśkowiaka realną torturą – zwrócił bowiem uwagę mediów w sposób, którego nie da się już tak łatwo zbyć PR-owym spinem, na kolejne protesty w mieście, którego samorząd stanął po stronie deweloperów, a nie mieszkańców. Nie jest to oczywiście nowe zjawisko: ostatnie dwie dekady z hakiem byliśmy świadkami formowania się w Polsce polityczno-biznesowo-finansowego kompleksu, którego celem była akumulacja gigantycznych ilości kapitału na rynku nieruchomości przez wyciskanie z polskich pracowników olbrzymich ilości pieniędzy, pracy, czasu i życia, a niekiedy też realnie przez wywłaszczenia i przemoc.

Wraz z pandemią Covid-19 oraz pełnoskalową agresją Rosji na Ukrainę weszliśmy w kolejną fazę akumulacji kapitału na rynku nieruchomości, która odznacza się przede wszystkim olbrzymim wzrostem cen – znacznie większym niż wzrost wynagrodzeń, zwłaszcza w dużym miastach. Cena rynkowa jednego metra kwadratowego od pandemii wzrosła o ok. 40%, podczas gry średni wzrost realnych wynagrodzeń wyniósł w tym samym okresie 29%. Badania ankietowe pokazują, że ponad połowa ludzi w Polsce wydaje połowę lub więcej swoich miesięcznych zarobków na opłacenie czynszów, w większości wypadków na nieregulowanym rynku najmu. A wszystko to dlatego, że celem kapitału deweloperskiego musi być utrzymanie wysokiej rentowności: w latach 2021-2024 średnioroczna rentowność netto grupy 60 największych deweloperów w Polsce wynosiła oszałamiające 17,4%, przy zysku netto w 2024 r. na poziomie 5 mld zł. Stoi za tym, oprócz zwykłej ludzkiej chciwości, konieczność utrzymania ogólnie wysokiego poziomu zysków całego sektora od momentu wejścia Polski do Unii Europejskiej. Napływ kapitału zagranicznego oraz boom na kredyty frankowe doprowadziły do pierwszej bańki cenowej w okolicach globalnego kryzysu 2007-2008 r., niemniej nawet po pęknięciu bańki na rynku amerykańskim ceny mieszkań w Polsce oraz zyski sektora budowlanego nie przestały rosnąć. Pamiętajmy również, że w 2004 r. politycy wywalczyli dla sektora deweloperskiego niski podatek VAT na poziomie 7%, który do dzisiaj dla mieszkań poniżej 150 m2 wynosi 8%, znacznie poniżej europejskiej średniej. Wysokie ceny nie przekładają się więc nawet na odpowiednio duże przychody z podatków, nie mówiąc już o odpowiednim regulowaniu rynku, by przeciwdziałać takim praktykom jak chociażby niesławne flipowanie mieszkań czy wydzielanie niezdatnych do życia, ale zdatnych do wynajmu mikrokawalerek.

Budowlana walka klas

W całym tym okresie od 2004 r. sektor deweloperski charakteryzował się nadzwyczajnie wysokimi marżami netto, od obłędnego poziomu sięgającego nawet 18-20% w okresie boomu 2005-2008, przez wciąż wysokie (dużo wyższe od średniej marży w sektorze przedsiębiorstw prywatnych) marże w okresie 2008-2019 na poziomie 10-16% aż do ponownego wzrostu po zawirowaniach w momencie wybuchu pandemii. Wiemy też dobrze, jakie mafijne praktyki były powiązane z rynkiem nieruchomości w tym czasie: dzika reprywatyzacja, sprzedawanie kamienic z „wkładką mięsną”, wyrzucanie lokatorów siłą i zmuszanie ich do sprzedaży mieszkań na niekorzystnych warunkach, w końcu zastraszanie, pobicia, porwania i zabójstwa najbardziej opornych. Wszystko to – zarówno obłędne marże i zyski sektora deweloperskiego, jak i przemoc powiązana ze sprzedażą kamienic, gruntów i całych osiedli na rynek wtórny lub pod deweloperkę wyraźnie pokazują, że szeroko rozumiany sektor budowlany jest jednym z najważniejszych obszarów walk klasowych we współczesnej Polsce. To na nim dokonuje się akumulacja kapitału, która ma bezpośredni wpływ na polską politykę, to tutaj miała miejsce najważniejsza akumulacja przez wywłaszczenia po okresie prywatyzacji przemysłu w latach 90., to tutaj też kapitał był w stanie w sposób najbardziej bezprawny i przemocowy skonfrontować się z wciąż za słabo zorganizowaną i rozproszoną, wywłaszczaną i wyzyskiwaną absurdalnie wysokimi ratami kredytów grupą społeczną: mieszkańcami polskich miast.

Władze samorządowe musiały zająć stronę w tym klasowym konflikcie i niestety w zdecydowanej większości opowiedziały się po stronie kapitału. Odnawianie centrów oraz uśmiechnięta polityka miejska była wprowadzana nie tylko na cierpieniu mieszkańców, ale przede wszystkim w bliskiej współpracy z kapitałem deweloperskim (czy szerzej: nieruchomościowym) pędzącym wciąż za kosmicznymi marżami. To bowiem właśnie te olbrzymie marże i zyski w sektorze nieruchomości odpowiedzialne są za kolejne, coraz bardziej nieludzkie inwestycje i oddawanie pod deweloperską zabudowę kolejnych obszarów miejskiej przestrzeni. Nie chodzi tu tylko o ludzką chciwość (choć o nią oczywiście też). Zasadą akumulacji kapitału w kapitalizmie jest zachowanie zysków, a poziom inwestycji wyznaczany jest przez poziom marż i zysków w danym roku oraz wymuszany przez konkurencję w sektorze. Inwestycje te wyznaczają z kolei zyski, które muszą być zrealizowane w kolejnym roku, jeśli dany przedsiębiorca nie chce zostać pożarty przez konkurencję. W efekcie ponad dwadzieścia lat olbrzymiego wyzysku mieszkańców polskich miast napędzane jest co roku niezwykłą skutecznością tej praktyki w latach poprzednich oraz biernością, brakiem regulacji, a raczej aktywną kolaboracją władz publicznych w kapitałem na rynku nieruchomości. Osobną kwestią jest rola sektora bankowego zarabiającego również krocie na wyzysku polskich pracowników i pracownic zmuszonych do kupowania mieszkań na kredyty hipoteczne, których średnie oprocentowanie jest jednym z najwyższych w Europie (około 6,5% w 2025 r., a jeszcze wyższe parę lat wcześniej, przy średniej europejskiej ok. 3,5-4%). Mówiąc krótko, póki nie postawi się temu kompleksowi finansowo-deweloperskiemu granicy, będziemy mieli pogłębiający się kryzys polityczny, a w niedalekiej przyszłości głęboki kryzys ekonomiczny.

Mieszkańcy mają dość

Widać jednak coraz więcej oznak narastającego społecznego oporu. W kolejnych miastach mnożą się protesty mieszkańców, którzy nie mierzą się już z historiami o kolejnej kamienicy czyszczonej z lokatorów, kolejnym okropnym osiedlem deweloperskim, czy z erupcją ofert mikromieszkań na wynajem za ponad połowę pensji minimalnej, lecz z powiększającym się chaosem przestrzennym oraz niszczeniem kluczowej dla życia infrastruktury w imię interesów kolejnego dewelopera. W samym Poznaniu mamy do czynienia obecnie bowiem nie tylko z mieszkańcami Osiedla Maltańskiego, którzy zostali sprzedani deweloperowi przez Archidiecezję Poznańską. Ledwo dwa dni po tortingu Jaśkowiaka odbyła się sesja Rady Miasta, podczas której dyskutowano sprzedaż Pasażu Opieńskiego, usługowej zabudowy osiedla Stefana Batorego na poznańskim Piątkowie pod deweloperkę, czemu masowo przeciwstawiają się mieszkańcy osiedla. Podobne procesy niszczenia warunków dobrego życia w mieście w interesie akumulacji deweloperskiego kapitału widać wszędzie: dla przykładu w Krakowie wprowadzanie stref czystego transportu idzie w parze z zabudową korytarzy przewietrzania miasta. Co odzyska się ograniczeniem emisji mieszkańcy stracą przez oddanie rozsądnego planu cyrkulacji powietrza w mieście pod zabudowę kolejnego osiedla. Nagłe zmienianie planu zagospodarowania przestrzennego to już norma w polskich samorządach – zresztą wciąż 2/3 kraju jest w ogóle takiego planu pozbawione. Jak traktować to inaczej niż jako kolaborację z kapitałem deweloperskim, z której społeczeństwo dostaje z powrotem jedynie absurdalnie drogie mieszkania

Samorządowe grupy interesu

Co więcej, władze samorządowe w Polsce coraz częściej wydają się być czymś na kształt zorganizowanej grupy interesu, która chroni przede wszystkim samą siebie. Wciąż ponawiane są próby zniesienia wprowadzonej w 2018 r. dwukadencyjności sprawowania władzy wójta, burmistrza lub prezydenta miasta. Szacunki mówią, że jeśli prawo zostanie utrzymane, to w 2029 r. ponad 60% samorządowców będzie musiało pożegnać się z urzędem, ponieważ tak często dochodzi do ponownego wyboru na stanowiska wójta, burmistrza czy prezydenta miasta. Wielu oczywiście twierdzi, że to ze względu na kompetencje i dobre zarządzanie, niemniej przy wzięciu pod uwagę skali wpływu władzy samorządowej na kluczowy zasób w procesie akumulacji kapitału w III RP – ziemię pod zabudowę – trudno nie traktować tego w kategoriach betonowania układów polityczno-biznesowych. W Polsce po ’89 roku niektórzy prezydenci miast dłużej sprawowali władzę niż Józef Cyrankiewicz był członkiem Biura Politycznego KC PZPR – co często przytacza się właśnie jako przykład zabetonowania władzy w poprzednim systemie. Dodatkowo Związek Miast Polskich, organizacja polskich samorządów miejskich, postuluje zniesienie powszechnej jawności oświadczeń majątkowych, dzięki której na jaw wyszła ostatnio skala korupcji w warszawskim Szpitalu Południowym. Można sobie jedynie wyobrazić, jak rozwinęłaby się współpraca kapitału deweloperskiego i samorządów, gdyby oświadczenia te nie były wymagane. Nie mówiąc już o tak symbolicznych, acz absurdalnych gestach jak przyznanie Perły Samorządu w kategorii „Włodarz Gminy Miejskiej” prezydentce miasta, w którym zeszłej zimy w miejskich kamienicach zamarzły cztery osoby.

Jak trudne zaś będzie postawienie jakiekolwiek tamy finansowo-polityczno-deweloperskiemu kompleksowi pokazał ostatnio chociażby przyjęty przez rząd projekt nowelizacji ustawy o najmie krótkoterminowym. Do mediów przedostał się głównie fakt, że wiceminister sportu i rekreacji odpowiedzialny za nowelizację sam zarabiał w przeszłości na wynajmie mikrokawalerek, co powiązano szybko z wykreśleniem w projekcie ustawy zapisów dających mieszkańcom narzędzia do przeciwstawiania się krótkoterminowym wynajmom w zamieszkiwanych przez nich budynkach. Należy jednak pamiętać, że te wykreślone zapisy uderzały nie tylko w interesy firm specjalizujących się w takich wynajmach czy iluś tam osób masowo inwestujących w ten sposób w mieszkania – zapisy te uderzały bezpośrednio w interesy kapitału deweloperskiego. Na średnią cenę mieszkań wpływają bowiem zarówno dostępność kredytów, jak i średni zwrot z inwestycji. Przy mnożeniu się inwestycji w mieszkania pod bardzo intratny najem krótkoterminowy, które w dużym stopniu koncentrują się w centrach dużych miast, ceny mieszkań na rynku szybują w górę, dzięki czemu kapitał deweloperski jest w stanie utrzymywać swoje wysokie marże i zyski. Jeśli regulacja nawet tak toksycznego procederu jak niekontrolowany rynek najmu krótkoterminowego okazała się niemożliwa, to na ile możliwe będzie w ogóle przeciwstawienie się potędze kapitału deweloperskiemu bez skonstruowania szerokiego ruchu społecznego?

16 czerwca 2026 r. w Poznaniu doszło więc do aktu walki klas. Zamachu tortowego na władzę samorządową podjęła się osoba działająca w imieniu mieszkańców całego miasta – lokatorów i pracowników. Nieprzypadkowo zresztą tortowiec powiązany jest z Ogólnopolskim Związkiem Zawodowym Inicjatywa Pracownicza, który stara się działać w tych obszarach, gdzie główne związki zawodowe w Polsce są mało obecne, i łączyć ruch pracowniczy z ruchem lokatorskim. Patrząc na kolejne działania ruchów społecznych w Poznaniu można mieć nadzieję, że uda się tam, choćby na chwilę, zrobić to, co stanowi obecnie jedną z najważniejszych stawek politycznych w Polsce, czyli artykulacji sprzeciwu wobec władz samorządowych (czy szerzej: publicznych) w kategoriach walki klasowej: walki z wyzyskiem, z wysokimi kosztami życia, z korupcją władz samorządowych i ich powiązań z kapitałem (deweloperskim i nie tylko), walki o lepsze życie w mieście i o realną reprezentację polityczną. Sytuacja w Poznaniu może być o tyle istotna, o ile w wielu innych miastach organizowanie referendów odwołujących władze samorządowe będzie niestety skupiać głównie siły prawicowe, które sprzeciw społeczny będą organizować w imię wolności dla biznesu, pozbywania się migrantów, odrzucania ekologii czy palenia tęczowych flag – a nie walki klas.


Mikołaj Ratajczak – Filozof, redaktor i wydawca, pracuje w Instytucie Filozofii i Socjologii PAN, członek Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza.  Autor książki Forma życia i dobro wspólne. Geneza i aktualność współczesnej włoskiej filozofii politycznej (2020). Z pochodzenia Poznaniak.

[1] https://en.wikipedia.org/wiki/List_of_people_who_have_been_pied.

[2] https://poznan.wyborcza.pl/poznan/7,36001,32860206,zrobili-z-niej-milionerke-i-hipokrytke-kosciol-agencja-pr.html.

Zostaw odpowiedź

Odkryj więcej z Petroskowo

Zasubskrybuj już teraz, aby czytać dalej i uzyskać dostęp do pełnego archiwum.

Czytaj dalej