Nr 5 (201), Benoît Bréville, Wybrane artykuły, Pierre Rimbert
Projekt ustawy konstytucyjnej „Obywatelstwo, tożsamość, imigracja”, złożony przez Marine Le Pen daje przedsmak tego, co nas czeka, jeśli Zjednoczenie Narodowe (RN) wygra wybory: „priorytet narodowy” uznany za „prawo konstytucyjne, na które można się powołać”, zniesienie zasady przynależności do kraju urodzenia, „ochrona tożsamości Francji”, podniesiona do rangi misji republikańskiej, dążenie do „zakazania dostępu do stanowisk w administracji, przedsiębiorstwach publicznych i osób prawnych pełniących misję służby publicznej osobom posiadającym obywatelstwo innego państwa”.
Ten ostatni przepis jest oczywiście skierowany przeciwko osobom posiadającym podwójne obywatelstwo, z których 90% to imigranci lub potomkowie imigrantów. Pozwala obejść konstytucyjny zakaz wszelkiego rozróżnienia opartego wyraźnie na pochodzeniu. Bowiem, choć większość parlamentarna może z łatwością poddać cudzoziemców szczególnym reżimom prawnym, to inaczej wygląda sytuacja w przypadku Francuzów pochodzących z imigracji, z których znaczna część posiada pełne obywatelstwo.
Aby dotrzeć do tej grupy nie wskazując na nią jako taką, RN może opierać się na kategoriach zastępczych, wystarczająco powiązanych z tym pochodzeniem, by wywołać porównywalne skutki. Oprócz podwójnego obywatelstwa, inne narzędzia to symbole religijne (zakaz noszenia chusty w przestrzeni publicznej) lub czynnik terytorialny. Nie wskazując grup ludności ze względu na ich pochodzenie, ten ostatni pozwala skupić konkretne środki na obszarach, gdzie w znacznej liczbie mieszkają imigranci i potomkowie imigrantów. A przecież politycy już stosują tę logikę. Kontrole tożsamości skupione w niektórych dzielnicach robotniczych, przestępstwo polegające na zajmowaniu klatek schodowych, operacje „oczyszczania przestrzeni” przeprowadzane głównie w dzielnicach wielkich osiedli i w dzielnicach odzyskiwania wartości republikańskich, utworzonych przez Macrona w celu terytorializacji działań policyjnych.
Skrajnie prawicowy rząd, nie posuwając się tak daleko jak Benjamin Netanjahu ani nie zrywając zasłony demokratycznych pozorów, dysponowałby licznymi narzędziami, by przywrócić swoim wyborcom to „poczucie bezpieczeństwa”, które utracili z powodu bliskości „wolnych i równych w prawach” imigrantów. Przywrócenie porządku: zamiast wojskowo-policyjnej drogi tradycyjnego faszyzmu, RN prawdopodobnie wolałby bardziej wykonalną opcję w postaci zarówno operacji bezpieczeństwa, jak i symbolicznych, polegających na postawieniu „imigrantów” na ich miejscu. To miejsce na samym dole drabiny społecznej, które w latach 70. zajmowali przyuczeni do zawodu robotnicy z branży motoryzacyjnej lub rolniczej. Za takimi świeżo przybyłymi imigrantami, pozbawionymi praw, bez rodziny, bez poparcia politycznego, na łasce właścicieli nieludzkich mieszkań, trzymanymi przez dyrekcję w bezpiecznej odległości od robotników francuskich lub osiedlonych imigrantów, nawet człowiek prawicy dziś tęskni: „kiedyś było lepiej” – bez wątpienia, bo na ulicy Arab nie spojrzałby na niego z góry.
Czy francuski apartheid spotkałby się z oporem większości? Na lewicy z pewnością, ale czy to wystarczyłoby? Prawica, zafascynowana „izraelskim modelem” bezpieczeństwa i polityki zagranicznej, już teraz potępia każdego, kto ma do niego zastrzeżenia. „Przypominanie przez Europejczyków wielkich zasad prawa międzynarodowego jest godne uznania, ale te zaklęcia do niczego nie prowadzą”, wyjaśnił w Le Figaro Magazine, tygodniku znajdującym się na styku tradycyjnej i skrajnej prawicy dziennikarz Guillaume Roquette pisząc o izraelskim „wielkim porządkowaniu” na Bliskim Wschodzie. Podobny „tok rozumowania” z pewnością towarzyszyłby podważaniu prawa francuskiego przez rządzącą skrajną prawicę.
Aby walczyć z nią zarówno na tym polu, jak i w kwestiach gospodarczych, lewica dysponuje politycznym kompasem, programem i hasłem: równość.
tłum. Zbigniew M. Kowalewski
