Nr 5 (201), Wybrane artykuły, Przemysław Wielgosz
Seria ataków w polskich szkołach nie musi być aż tak wielkim zaskoczeniem biorąc pod uwagę pewne długofalowe procesy kształtujące polskie społeczeństwo. Alienacja, niepewność, brutalizacja, zarządzanie przy pomocy strachu, kreowanie odczłowieczonych wrogów uprawiane przez wszystkie główne siły polityczne i media może mieć związek z przemocą wśród uczniów. Co więcej, przypomina ona to, co dzieje się w szkołach w Stanach Zjednoczonych, gdzie strukturalne warunki takich zdarzeń są od dawna badane.
To, co długofalowe znajduje się jednak poza radarem klasy politycznej myślącej w horyzoncie najbliższych wyborów. Nic dziwnego zatem, że krwawe incydenty stały się przyczyną nie lada paniki. Histeria maskowana nawoływaniem do nie ulegania histerii zaowocowała histerycznym przegłosowaniem ustawy o blokowaniu nielegalnych treści w Internecie. Oczywiście niektóre szczegółowe przepisy zawarte w przepisach stanowiących rozwiniętą wersję ustawy odrzuconej przez prezydenta Nawrockiego kilka miesięcy temu wydają się całkiem sensowne… Niemniej jako odpowiedź na szkolną przemoc akt przyjęty błyskawicznie przez sejm okazuje się klasycznym pomyleniem przyczyn i skutków. Po pierwsze, fetyszyzuje Internet, zupełnie ignorując wymienione powyżej materialne – społeczne, ekonomiczne, ideologiczne – warunki, w których doszło do ataków. Po wtóre, także tam gdzie widzi zagrożenie odwraca porządek. Dokładnie tak jak premier Tusk, gdy odpowiedzialnością za krwawe ataki obarcza gry komputerowe. Zamiast uderzyć w korporacje odpowiedzialne za szerzenie przemocy w Internecie, atakuje się przejawy tego zjawiska. To gonienie króliczka, które nigdy się nie skończy, bo jedynym sposobem na zmianę byłoby wyłączenie algorytmów organizujących cyrkulację treści w mediach społecznościowych. Innymi słowy zamknięcie całego kramu Zuckerberga, Muska i spółki oraz zastąpienie go publicznymi mediami społecznościowymi. Ale o tym nie pomyśli nikt, kto chcąc wygrać najbliższe wybory bezmyślnie mantruje o radykalizacji, robiąc wszystko, by popłynąć na jej fali.
Tymczasem w tzw. realu zachodzą rzeczy skutecznie podważające wszelkie połowiczne regulacje. Otóż zaledwie kilka tygodni temu dowiedzieliśmy się o kolejnym etapie współpracy polskiego ministerstwa obrony z Palantirem. Być może związek miedzy tymi sprawami nie wygląda na oczywisty. A jednak trudno go nie dostrzec. Czymże będzie ściganie nielegalnych treści w Internecie jeśli nie dotknie to firmy współodpowiedzialnej za najmroczniejsze zakątki nowych technologii? A co jeśli eliminacja zagrożeń w sieci zostanie jej powierzona To tak jakby postawić lisa na straży kurnika. I nie ma w tym krzty przesady.
W Dolinie Krzemowej nigdy nie brakowało nieciekawych figur i ciemnych interesów, ale nawet na mocno brunatnym tle serca amerykańskiego przemysłu nowych technologii to, co reprezentuje Palantir może przyprawić o wyjątkowo zimny pot na plecach. Oczywiście założyciel korporacji, Peter Thiel, nie odpowiada za to, że jego rodzice wyemigrowali z demokratycznych Niemiec do RPA czasów apartheidu. Problem w tym, że zarówno RPA jak i bardziej brunatne organizmy polityczne z historii nigdy nie budziły jego sprzeciwu, a Palantir nie tylko czerpał nazewnictwo z mocno podejrzanego politycznie uniwersum Władcy pierścieni, ale od początku był przedsięwzięciem przenikniętym autorytarną, rasistowską ideologią głoszącą potrzebę obrony cywilizacji zachodniej przed barbarzyńcami. Towarzyszył jej militaryzm, wrogość wobec praw człowieka i demokratycznych regulacji gospodarki oraz obsesja na punkcie bezpieczeństwa. Od początku też Palantir oferował amerykańskiej bezpiece i rozmaitym reżimom – uznanym za wystarczająco przydatne dla zachowania amerykańskiej hegemonii – technologie śledzenia własnych obywateli, namierzania migrantów, inwigilacji opozycji i ludności okupowanej, ale także najbardziej wyrafinowane narzędzia zabijania, z autonomicznymi dronami na czele. W tym świetle fakt, że polski prezydent robi sobie zdjęcia z Alexem Karpem, obecnym szefem Palantira i autorem jego otwarcie faszystowskiego manifestu, powinien co najmniej budzić niepokój. Niestety nie poruszyło to ani szefa polskiego MSZ, ani premiera, ani tym bardziej ministra obrony od dawna zachwyconego systemem Maven dostarczanym przez amerykańską korporację.
Tymczasem robienie sobie zdjęć z Karpem dałoby się porównać do wspólnych fotek z kimś takim jak Dmitrij Miedwiediew, przy czym ten drugi mógłby się poczuć takim porównaniem urażony. W końcu wojna w Ukrainie – przy wszystkich okrucieństwach rosyjskich najeźdźców – nie da się zrównać z systematycznym ludobójstwem dokonywanym przez Izrael w Strefie Gazy. A właśnie zagłada Gazy stała się dla Palantira świetnym interesem i poligonem doświadczalnym nieludzkich technik masowego zabijania. Podobnie jak poligonem cyfrowego zarządzania pogromami rasowymi w USA są łapanki na migrantów organizowane przez Urząd Celno-Imigracyjny (ICE) stworzony przez administrację Donalda Trumpa.
Nasi politycy przekonują, że kwestie bezpieczeństwa narodowego są dziś sprawą pierwszej wagi. W takiej sytuacji należy sobie zadać kluczowe pytanie o jakiego rodzaju bezpieczeństwo chodzi tym, którzy oddają je w pacht Palantirowi? Kto tu będzie chronił, kogo i przed kim? Biorąc pod uwagę to, co wiadomo o amerykańskiej korporacji, jedno jest pewne. Nie chodzi o bezpieczeństwo zwykłych mieszkańców i mieszkanek III RP, ani tym bardziej o ochronę ich demokratycznych praw i swobód.
