Jak już zapewne większość z Was wie, w USA Demokraci zmietli z planszy Republikanów w wyborach połówkowych. Scenariusz, który się ziścił, okazał się bardziej korzystny dla nich niż nawet najbardziej optymistyczne sondaże – wprawdzie Demokraci plują sobie teraz w brodę, że nie powalczyli bardziej o Florydę, która koniec końców okazała się jednak być w zasięgu (Republikanie, którzy wedle sondaży mieli wygrać tam miejsce w Senacie bezpieczną większością 8 punktów procentowych, koniec końców wygrali zaledwie o 3 punkty; Demokraci, przekonani, że Floryda jako nowy bastion Republikanów jest stracona, praktycznie nie finansowali walczącej tam o Senat związkowej działaczki Angie Nixon). Wedle aktualnych szacunków (liczenie jeszcze trwa), Demokraci prawdopodobnie skończą z 55 lub 56 miejscami w Senacie (na 100) i około 260-270 głosami w Izbie Reprezentantów (na 435). Dość powiedzieć, że kiedy 2 lata temu Trump wygrywał wybory, a wraz z nim wybory do Senatu wygrywali republikańscy kandydaci, konsensus wśród ekspertów był taki, że to fatalna wiadomość dla Demokratów, bo w 2026 struktura wyborów senackich sugeruje, że raczej mogą stracić niż zyskać kolejne miejsca. Decydują się jeszcze wybory na Alasce (raczej wygra tam kandydatka demokratów Mary Peltola, ale ze względu na to, że Alaska ma tzw. ranked choice voting, czyli głosowanie z "drugimi opcjami", liczenie głosów potrwa tam jeszcze jakiś czas) oraz w Mississipi, gdzie ostatni raz kandydat demokratów zdobył miejsce w Senacie w… 1982 r. – tam sprawa jest dosłownie na ostrzu noża, bo przy prawie wszystkich głosach policzonych kandydat Demokratów prowadzi sześćdziesięcioma pięcioma (!) głosami.
Wyniki wynikami, a ciekawy jest mechanizm, który do takich wyników doprowadził. Złośliwi komentatorzy przychylni Demokratom zaczęli sugerować, że Teksas powinien zyskać oficjalne zaimki stanowe (Demokratom udało się odbić w Teksasie wszystkie stanowiska ogólnostanowe i federalne, czyli senatora, gubernatora, zastępcę gubernatora oraz prokuratora generalnego; wygrali także szereg wyborów na stanowiska sędziowskie oraz odbili tamtejszą Izbę Reprezentantów – Senat pozostaje pod kontrolą Republikanów dzięki wyjątkowo odpornemu gerrymanderingowi), co stanowi dość czytelną aluzję do strategii, jaką Republikanie przybrali na te wybory. Obóz republikański nie był w stanie bowiem w żaden sposób zaprezentować swoich kandydatów od pozytywnej strony (co nie dziwi, kiedy popatrzy się na to, jaką pomyłką była kandydatura Kena Paxtona, wyjątkowo skorumpowanego, zdemoralizowanego kandydata, oskarżonego o liczne przestępstwa, nadużycia, nagranego podczas ucztowania w Dubaju z biznesmenami uciekającymi przed amerykańskim wymiarem sprawiedliwości, który wsławił się także głośną sprawą rozwodową, którą wytoczyła mu żona za zdradzanie jej z przygodnymi kochankami), zamiast tego stawiając wyłącznie na ataki personalne oraz na wojnę kulturową. James Talarico, młody, akcentujący swoją prezbiteriańską wiarę kandydat Demokratów, chodził na wszystkie debaty, nawet do "jaskini lwa" w postaci FOX News, oferował pozytywną wizję polityki opartej na wspólnocie i zerwanie z mechanizmami poszukiwania kozłów ofiarnych. Republikanie mieli do zaoferowania wyłącznie: wyzywanie go od dziwaków (poprzez przezwisko "Talafreako", od nazwiska i od "freak" – dziwak, wariat), wyrzucanie mu, że powiedział, że Bóg jest niebinarny, sugerowanie, że wygrana Talarico spowoduje masowe przymusowe korekty płci w szkołach i przedszkolach (!) oraz wprowadzenie prawa szariatu. Żaden z republikańskich kandydatów nie odważył się na debatę ani z Talarico, ani z kandydatką na gubernatorkę Giną Hinojosą – nawet w studiu FOX News. Wyborcy najwyraźniej tej strategii wyborczej nie kupili – dość symptomatyczny wydaje się tutaj wywiad z głosującą w Teksasie kobietą, która przyznała się, że będąc Republikanką, zagłosowała tym razem na samych Demokratów, a na pytanie, jak się z tym czuje, odpowiedziała "cóż, moje dzieci raczej nie zmienią płci przez jedną noc".
Republikanie liczyli na to, że nakręcaniem tradycyjnych fobii oraz siłą rozpędu uda im się powstrzymać tsunami, jednak zdecydowanie nie pomógł im w tym dotychczasowy koń pociągowy obozu, czyli prezydent Trump. Trump stał się ewidentną kulą u nogi partii republikańskiej, która wpakowała się w tę sytuację na własne życzenie – pozwalając, aby prezydent osiągnął w obozie GOP (Grand Old Party, jak określa się w USA Republikanów) pozycję niekwestionowanego guru, którego decyzji nikt nie kwestionuje oraz ukrywając jego faktyczny stan zdrowia w sposób, który bardziej niż najpotężniejsze mocarstwo świata przywodzi na myśl raczej ZSRR za schyłkowego Breżniewa. Cierpiący na ewidentnie postępującą demencję Trump postanowił zatem "pomóc" swojej partii poprzez jeżdżenie po Stanach i organizowanie spotkań. Spotkania te były kompletną PRową katastrofą – Trump albo wpadał w swój chaotyczny słowotok, albo zachwycał się pośladkami Nicki Minaj lub też republikańskich kandydatów, powracał do swojego ulubionego tematu, czyli budowanej przez niego sali balowej w Białym Domu, ewentualnie w przypływie szczerości wygarniał wyborcom, że może wygadywać dowolne bzdury, a oni i tak będą klaskać (faktycznie klaskali). Do tego doszedł fakt, że Trump, wycinający z obozu republikańskiego wszystkich polityków posiadających choć odrobinę kręgosłupa i własnej charyzmy, przeforsował w niektórych stanach fatalnych kandydatów – wspomniany teksański kandydat Ken Paxton z namaszczenia Trumpa wygrał prawybory senackie, pokonując w nich urzędującego senatora Johna Cornyna – co zostało potraktowane jako niebywała potwarz, bo poza przypadkami skrajnej niekompetencji bądź ostrej niedyspozycji w amerykańskiej polityce praktycznie nie zdarza się, żeby seryjnie wygrywający wybory dla własnej partii senator przegrał konkurencję o reelekcję w prawyborach. Cornyn po takim ciosie w plecy niewątpliwie zresztą po cichu kibicował Jamesowi Talarico, być może wspierając go także nieformalnymi radami.
Nie zapominajmy dodatkowo o polityce Trumpa, która praktycznie w każdej sferze uznawana jest za katastrofę. Trump jest rekordowo niepopularny, jego korupcja jest tak otwarta i rozpasana, że hasło "korupcja" pojawiło się jako jedna z fundamentalnych kwestii wyborczych po raz pierwszy od bardzo długiego czasu w odpowiedziach wyborców na pytanie o priorytety. Cła spowodowały wzrost cen szerokiej grupy produktów, a skrajnie niepopularna wojna w Iranie wywindowała ceny paliwa do poziomów, jakich Amerykanie dawno nie widzieli. Polityka migracyjna, prowadzona z subtelnością kija bejsbolowego, spowodowała, że po raz pierwszy od dziesięcioleci Amerykanie bardziej ufają Demokratom niż Republikanom w kwestii migracji – bandyckie zachowania ICE w połączeniu z deportacjami Bogu ducha winnych osób tylko po to, żeby wypełnić wyśrubowane limity spowodowały ogromne społeczne protesty, a przede wszystkim pogrzebały poparcie dla Trumpa w grupie, która w dużym stopniu była odpowiedzialna za jego sukces w 2024 – wśród wyborców latynoskich. Dodatkowo demencja Trumpa i jego narcystyczne skupienie wyłącznie na własnych zachciankach było bardzo źle odbierane przez wyborców – Trump wprost mówił o tym, że kwestie takie jak przystępność cen ("affordability") go nie interesują, rozwodząc się wyłącznie o własnych projektach takich jak sala balowa, łuk triumfalny czy nowe pole golfowe. Brak pomysłu na zakończenie lekkomyślnie rozpętanej wojny w Iranie tylko dopełnił w oczach wyborców negatywnego obrazu pierwszej połówki kadencji.
Ogólnie porażka Republikanów wpisuje się w pewien trend związany z rządami populistów – partie te, jeśli nie mają pozytywnego programu i ich główny przekaz skoncentrowany jest na rewanżyzmie i destrukcji oraz zjednywaniu sobie łask u najbogatszych poprzez redukcję aparatu władzy, ulgi podatkowe i rozmaite przywileje, mogą wygrać wybory przeciwko zużytej władzy (zwłaszcza, że mają za sobą gigantyczne pieniądze – tylko na te wybory Elon Musk wydał ponad 400 milionów dolarów – czterokrotnie wiecej, niż notorycznie demonizowany przez prawicę Soros; skądinąd Soros wśród indywidualnych darczyńców był w tych wyborach dopiero… czwarty, pierwsza trójka zasiliła swoimi wpłatami Republikanów), ale ich rządy okazują się katastrofą. Było to prawdą w przypadku Bolsonaro, jest to prawdą w przypadku Javiera Milei, okazało się to prawdą także w przypadku Orbana, chociaż ten zaczynał od całkiem kompetentnego programu. Kiedy na jaw wychodzi korupcja, całkowity brak zainteresowania losem zwykłych obywateli oraz powiązania z wielkim kapitałem, rządy te próbują kontrować kampanią negatywną, opartą często o masowe "fake newsy", stereotypizację kandydatów przeciwników oraz wzbudzanie lęków tożsamościowych. Jak widać chociażby po Teksasie – taka strategia ma jednak swoje granice. Na pewnym poziomie złej polityki ludzi nie da się jednak przekonać, że wyższe ceny są dla nich dobre, a straszliwe problemy takie jak obecność jednej osoby transpłciowej na cały stan w zawodach lekkoatletycznych na szczeblu akademickim jest ważniejsza niż bandyckie komanda terroryzujące ich sąsiadów o "niewłaściwym" kolorze skóry. Pozostaje oczywiście pytanie, dlaczego takim mirażom ulegały środowiska opiniotwórcze Republikanów – ale o tym w następnym odcinku…
