Wybrane artykuły, Nr 3 (199), Benoît Bréville
Po oskarżeniu pięciu chińskich rafinerii o zaopatrywanie się w irańską ropę, amerykański Departament Skarbu dodał je 24 kwietnia do swojej niekończącej się listy przedsiębiorstw objętych sankcjami. Na pierwszy rzut oka wygląda to na rutynową procedurę. Od dziesięcioleci Waszyngton przywłaszcza sobie prawo do decydowania, kto może prowadzić handel z resztą świata, a wszyscy podporządkowują się jego dyktatowi z obawy przed wykluczeniem z opartego na dolarze międzynarodowego systemu finansowego.
Jednak sprawy nie potoczyły się zgodnie z planem. Pekin, który do tej pory zadowalał się werbalnymi protestami i dyskretnym obchodzeniem sankcji, ogłosił, że nie podporządkuje się tym sankcjom i przed własnymi sądami będzie ścigał każdą firmę chińską, która się do nich zastosuje. Decyzję tę uzasadniono koniecznością „ochrony suwerenności, bezpieczeństwa i interesów rozwojowych kraju”. Innymi słowy, zapobieżeniem sytuacji, w której sankcje amerykańskie zakłóciłyby kluczowe dla gospodarki regionu przepływy energii.
Rafinerie, których dotyczą sankcje, zaopatrują wiele krajów w benzynę i kerosen, a umieszczenie ich na czarnej liście osłabiłoby całość łańcuchów dostaw kontynentu, który funkcjonuje jako rozległy, zintegrowany system produkcyjny: węglowodory z Zatoki Perskiej, chińskie lub południowokoreańskie części zamienne, montaż w Wietnamie lub w Bangladeszu… W tym wzajemnie powiązanym systemie trwałe przerwanie przepływów energii – już osłabionych napięciami wokół cieśniny Ormuz – mogłoby szybko zakłócić funkcjonowanie całego aparatu produkcyjnego.
W obliczu tego ryzyka Pekin zaostrza ton, tym bardziej, że dysponuje obecnie instrumentami pozwalającymi złagodzić skutki amerykańskich sankcji finansowych: systemem płatności transgranicznych i coraz częstszym rozliczaniem handlu ropą w juanach, porozumieniami między bankami centralnymi, a także projektami interoperacyjnych walut cyfrowych. W związku z tym zmienia się chińska kalkulacja: starcie z USA staje się mniej kosztowne niż długotrwałe zakłócenie przepływów handlowych.
Incydent ten stanowi kolejny cios dla systemu sankcji, który jest coraz częściej stosowany, a jednocześnie coraz mniej skuteczny. Może to utorować drogę do bardziej systematycznych strategii omijania sankcji, ułatwionych przez pojawienie się alternatywnych rozwiązań, które korzystają z chińskiego wsparcia. „Czasy, w których Waszyngton samodzielnie dyktował, z kim świat może prowadzić handel i widział, jak jego decyzje stają się wiążące, dobiegają końca”, cieszy się, być może nieco pochopnie, analityk krytycznie nastawiony do Stanów Zjednoczonych (The Morning Star, 16 maja 2026 r.). Pozostaje pytanie, jaki porządek gospodarczy zamierzają umocnić Chiny.
Pewien wgląd w to daje ich reakcja na ustawę o przyspieszeniu przemysłowym, ogłoszoną na początku marca przez Brukselę. Plan ten, promowany przez Komisję Europejską jako antidotum na dezindustrializację, ma na celu uzależnienie wsparcia publicznego od wymogów dotyczących lokalnej zawartości i transferu technologii, zwłaszcza w sektorze akumulatorów, pojazdów elektrycznych czy paneli słonecznych. Pekin natychmiast potępił ten krok jako „protekcjonistyczny”, sprzeczny z zasadami Światowej Organizacji Handlu (WTO). „Jeśli Unia Europejska przyjmie te przepisy i naruszy interesy chińskich przedsiębiorstw, Chiny nie będą miały innego wyboru, jak tylko podjąć działania odwetowe”, ostrzegł. Instrumenty te mają jednak taki sam charakter jak te, które państwo to od dawna wykorzystywało do budowania własnej potęgi przemysłowej i które Stany Zjednoczone stosują z coraz większym zapałem od około 10 lat.
Pekin, kwestionując hegemonię amerykańską, broni w ten sposób ciągłości opartego na wolnym handlu ładu, którego kontury od dawna wyznacza Waszyngton. Przejmuje tę logikę: w światowym handlu zasady mają mniejsze znaczenie niż moce tych, którzy je narzucają.
